OLEJEK NARDOWY (1)
Rozważamy mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa, żeby lepiej zrozumieć nasz życiowy krzyż, naszą codzienną “pasję”. Sytuacja jest wyjątkowa: Osoba, której ostatnie godziny życia rozważamy jest tutaj obecna, jest na ołtarzu wśród nas. Patrzmy więc na Jezusa z pragnieniem by Jego Słowo dotknęło naszych serc.
Jest takie szczególne miejsce pracy – laboratorium (łac. laboro – pracuję). Białe ściany, szklane naczynia, mikroskopy, osoby ubrane w białe fartuchy, wszystko sterylne, unosi się zapach odczynników i środków dezynfekujących. W laboratorium następuje dogłębne badanie substancji. Badanie ich pochodzenia, właściwości. My w ciągu tych sześciu spotkań zbadamy sześć substancji, które pojawiły się w opisie Pasji Jezusa. Ten opis jak twierdzą specjaliści jest sednem Ewangelii i pierwotnie istniał jako samodzielna całość. Wszystko, co poza nim znajduje się w zapisie Dobrej Nowiny (narodzenie Jezusa, dzieciństwo itp.) powstało później i stało się swoistym wstępem do opisu męki. Zatem w opisie tym każdy szczegół (słowo, zdanie, gest) ma bardzo wielkie znaczenie. My skupimy się na sześciu substancjach.
Dziś pierwsza z nich. Jak czytamy w Ewangelii: “Przyszła kobieta z alabastrowym flakonikiem prawdziwego olejku nardowego, bardzo drogiego. Rozbiła flakonik i wylała Mu olejek na głowę” (Mk 14,3).
Olejek nardowy to substancja zapachowa powstała z krzewu nardowego przez wytłaczanie. Był bardzo drogi, jak stwierdzili uczniowie Jezusa kosztował 300 denarów – tyle ile przez rok mógł zarobić niewykwalifikowany robotnik. Dzisiaj byłoby to kilka, kilkanaście tysięcy złotych. Dlaczego tak drogo? W tamtym czasie produkcja owego olejku polegała na wytłaczaniu go na zimno z łodyg, liści, nasion. Trzeba było zgromadzić dużą ilość materiału roślinnego by uzyskać niewielką ilość olejku. Dziś posługujemy się nowoczesnymi metodami destylacji i ekstrakcji, które są dużo wydajniejsze i stosowane powszechnie w przemyśle spożywczym, perfumeryjnym czy farmaceutycznym. Ceny perfum są wysokie, ale nie aż takie jak wtedy.
Olejek, o którym mowa został wylany na głowę Jezusa Chrystusa. Co ten gest, będący gestem proroczym, znaczył dla Jezusa? Po pierwsze było to uznanie Jezusa za Mesjasza. (Mesjasz – z hebr. namaszczony). Dalej było to także namaszczenie Jezusa na czas pogrzebu – już od początku opisu męki Jezusa rysuje się perspektywa śmierci. Dlaczego napisał o tym Ewangelista? Dlaczego ten szczegół zanotował? Musi on być ważny także dla nas. A zatem:
Każdy z nas również jest namaszczony. W sposób widzialny i namacalny dokonuje się to w sakramencie chrztu świętego, potem w sakramencie bierzmowania, namaszczenia chorych. Każdy kapłan podczas przyjmowania sakramentu święceń jest namaszczany. Co oznacza to namaszczenie? Oznacza wszczepienie nas w Jezusa Chrystusa. Wszczepienie w Jego misję prorocką, kapłańską i królewską to znaczy, że mamy i możemy Jezusa naśladować. Mamy żyć jak On.
W jaki sposób ten gest namaszczenia, ta substancja olejku nardowego pomaga nam zrozumieć nasz życiowy krzyż, naszą mękę? Popatrzmy najpierw na kontrast między wrażliwą duchowo kobietą, która dostrzega w Jezusie Mesjasza i uczniami Jezusa wraz z Judaszem i arcykapłanami, którzy stwierdzili, że było to marnotrawstwo. Kobieta ta jest uosobieniem ludzi, którzy nam (także namaszczonym) pomagają w życiu, są blisko Boga i służą nam tym, co mają. Osoby takie jak ona pojawią się jeszcze na drodze krzyżowej – będzie to Szymon Cyrenejczyk, Weronika, Józef z Arymatei. Kobieta dostrzega w Jezusie Mesjasza – każdy z nas ma dostrzegać w bliźnim namaszczonego.
Posłuchajmy opowiadania o pewnym klasztorze. Niegdyś słynny na całą Europę, aktualnie przeżywał poważny kryzys powołań. Kilku sędziwych mnichów czekało w nim na szczęśliwą śmierć. Opat tej wspólnoty postanowił jakoś zaistniałej sytuacji zaradzić i udał się na Daleki Wschód by u sławnego pustelnika dowiedzieć się czy upadek klasztoru jest karą za grzechy i niewierności zakonników. – Tak jest – przytaknął pustelnik – to grzech nieświadomości winny jest takiemu stanowi rzeczy. – A co to bliżej znaczy? – chciał wiedzieć opat. Jeden z was jest Mesjaszem w przebraniu i wy tego nie jesteście świadomi – odparł świątobliwy mąż i zatopił się w medytacji. Opat w drodze powrotnej zaczął się poważnie zastanawiać. – Jakie to szczęście, że Mesjasz powrócił na ziemię i zamieszkał w jego klasztorze. W której osobie jednak ukrył się, któż to może być: brat kucharz, brat zakrystianin, ojciec superior – każdy z nich ma wiele wad. A może te wady są przebraniem dla Mesjasza? Gdy wrócił do klasztoru zebrał całą wspólnotę i podzielił się swoimi przemyśleniami. Mnisi kiwali niedowierzająco głowami, ale po naradach podjęli postanowienie: jeśli to rzeczywiście prawda, że jeden z nas jest Mesjaszem, a nikt nie wie kto, to trzeba się odnosić do siebie z szacunkiem i miłością. Nigdy przecież nie wiadomo… – dopowiedział najmłodszy. Trudno uwierzyć, ale w klasztorze zapanowała wkrótce radosna, świąteczna atmosfera. Klasztor zaczął promieniować, a do furty pukali młodzieńcy z prośbą o przyjęcie do wspólnoty (K. Wójtowicz, Okruchy, s. 138).
A zatem, aby nasze wspólnoty – wspólnoty rodzinne, parafialne i inne – rzeczywiście żyły i promieniowały konieczne jest powtarzanie tego proroczego gestu: dostrzeganie w drugim człowieku Mesjasza, czyli kogoś wybranego przez Boga, wyjątkowego i bardzo przez Boga ukochanego.
A co mówi nam swoim zachowaniem Judasz, który zaraz po tym wydarzeniu wychodzi by zdradzić Jezusa, by wydać Go arcykapłanom? On nie uznaje w Jezusie Mesjasza. Judasz chciał Mesjasza politycznego, który przyszedłby z mieczem w ręku zniszczył okupanta rzymskiego i wprowadził nowy porządek oparty także na sile i przemocy. Ludzie pokroju Judasza są pośród nas. Judasz jest tym, który rozpoczyna mękę Jezusa Chrystusa. Także wokół nas są ludzie, którzy sprawiają nam wiele cierpienia. Pomyślmy o nich teraz. To są ci, którzy nas nie rozumieją, którzy mają inne pomysły na życie, na rozwiązanie naszych spraw i problemów. Jeśli chcę naśladować Jezusa Chrystusa mam pozwolić, by drugi człowiek, który mnie nie rozumie był inicjatorem takich działań, które mnie zniszczą i doprowadzą do ruiny. W imię czego? Dlaczego mam się na to zgadzać – jestem namaszczony, a to oznacza Boże wybranie i to, że Bóg jest zawsze ze mną. Nawet, gdy drugi człowiek zrujnuje całe moje życie: zabierze mi godność, pracę, pieniądze, zdrowie – Bóg mnie nie opuści, ponieważ mnie wybrał i namaścił, a więc jest ze mną na zawsze.
Wiemy już zatem, co oznacza pierwsza substancja – olejek nardowy. Przypomina nam ona, że każdy jest drogi w oczach Boga – o wiele cenniejszy niż ten bardzo drogi olejek wylany na głowę Syna Bożego. A namaszczenie zapewnia nas o tym, że Bóg jest z nami na wieczność i nigdy nas nie opuści, chociażby opuścili nas wszyscy, chociażby wydali nas na mękę podobną do męki Jezusa Chrystusa.
WINO (2)
Chcemy rozważać mękę naszego Pana, żeby lepiej zrozumieć to wszystko, co nas w życiu spotyka. Żeby nie dziwić się tym trudnościom, które na naszej drodze się pojawiają. Pomóc ma nam w tym analiza substancji, które pojawiają się w opisie męki Jezusa Chrystusa (w tym miejscu można przypomnieć wnioski z poprzedniego kazania).
Dzisiaj kolejna substancja. Jak czytamy w Ewangelii: “Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana” (Mk 14,23).
Zatem w naszej kolejnej laboratoryjnej probówce pojawia się wino. Z punktu widzenia chemii jest to substancja powstała przez fermentację soku owocowego. Znajduje się w niej od 7–24% alkoholu etylowego o wzorze chemicznym C2H5OH. Fermentacja główna wina trwa od 3 do 14 dni, później następuje fermentacja cicha, beztlenowa i ta może trwać nawet do kilkuset lat. Dobrze wiemy, że wino im starsze tym lepsze. A co o winie mówi Pismo Święte? Napój ten pojawia się już w prehistorii. Patriarcha Noe nauczył się od Boga jak uprawiać winorośl i jak z niej produkować napój. Psalmista mówi, że człowiek dobywa z ziemi wino, które rozwesela serce. Widzimy więc, że bardzo szybko rozpoznano jego właściwości psychoaktywne. Dlatego, by zapobiec nadużyciom pojawiły się w Starym Testamencie pouczenia, by zawsze używać wina z umiarem. W Nowym Testamencie najbardziej znanym momentem, w którym pojawia się wino jest wesele w Kanie Galilejskiej, kiedy Jezus przemienia wodę w wino. Tam obfitość napoju z winnego krzewu jest znakiem Mesjasza. W zapowiedziach proroków żydowskich możemy usłyszeć, że gdy Mesjasz przyjdzie, nastanie taki urodzaj i obfitość wina, że z jednego winnego grona powstanie 1000 butelek tego napoju. Zatem wino jest znakiem obecności Mesjasza, znakiem mesjańskiej radości.
Dzisiaj chcemy się dowiedzieć co wino oznacza, gdy pojawia się w czasie wieczerzy paschalnej, która również jest częścią składową opisu Męki Pańskiej. Wieczerza paschalna pochodzi z tradycji żydowskiej. Jest to uroczysta kolacja w piątkowy wieczór, wieczór szabatni, która miała upamiętniać i uobecniać wyzwolenie izraelitów z Egiptu. Pośród wielu obrzędów tej wieczerzy jest także obrzęd błogosławienia i picia kielicha wina. Dla tamtych ludzi wino było napojem tak popularnym jak dla nas herbata, czymś zwyczajnym i codziennym. Przewodniczący – głowa rodziny – odmawiał dziękczynienie. Do dziś mamy ślad tej modlitwy we mszy świętej, gdy kapłan odmawia po cichu słowa: “Błogosławiony jesteś Panie Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy wino, które jest owocem winnego krzewu i pracy rąk ludzkich…”. Jezus nadaje temu tradycyjnemu żydowskiemu gestowi nowy wymiar. On mówi, że to już nie jest wino, ale Krew Przymierza. I tu nawiązuje do Starego Testamentu, gdzie przymierze było zawsze przypieczętowane krwią. Kropiono krwią zwierząt ludzi, którzy zawierali przymierze z Bogiem. Można przywołać także obraz pelikana, który własną krwią karmi swoje młode, oddaje swoje życie by mogło przeżyć jego potomstwo – jest to jeden z wymowniejszym symboli Eucharystii, który spotykamy w wielu kościołach. Wiemy także, że ludy Ameryki Północnej – Indianie, zawierali przymierze krwi przez złożenie naciętych wcześniej dłoni.
W czasie Ostatniej Wieczerzy, ten znany nawet w innych kulturach gest nabiera nowego znaczenia. Jezus mówi o Nowym Przymierzu. Wino, które jest znakiem radości, staje się Jego Krwią, która jest zapowiedzią męki i śmierci. Tworzy się pewien ciąg przemian: Ostatnia Wieczerza – Golgota – msza święta. Wino jako radość doczesna – krew jako cierpienie doczesne – wino zamienione w Krew jako radość wieczna. Jezus zapowiada, że będzie pił napój z winnego krzewu w wieczności – czyli w Królestwie Bożym.
POT (3)
Papież Jan Paweł II stwierdził, że “człowiek w swoim cierpieniu pozostaje nietykalną tajemnicą”. Chcemy po raz kolejny wejść w tę wielka tajemnicę cierpienia (tu można podać wnioski z dwóch poprzednich kazań). Dzisiaj trzecia substancja w naszym laboratorium wiary – wydzielina gruczołów podskórnych składająca się z wody oraz związków organicznych i nieorganicznych (NaCl – sól kuchenna, mocznik) – pot. Ciało człowieka zawsze wydziela pot, ale proces ten nasila się przy podwyższonej temperaturze otoczenia, przy stresie lub wysiłku. Co na ten temat czytamy w Ewangelii: “Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi sączące się na ziemię” (Łk 22,44).
Święty Łukasz, który opisał ten fakt w swojej Ewangelii był lekarzem, a zatem znał mechanizmy fizjologiczne działające w człowieku. Współczesna medycyna opisuje ten fenomen jako chematidroza, czyli pocenie się krwawym potem. Specjaliści twierdzą, że występuje on przy wysokim osłabieniu fizycznym połączonym ze wstrząsem moralnym, który powoduje strach, lęk. Następuje intensywne rozszerzanie się włosowatych naczyń które pod wpływem ciśnienia przedostają się do gruczołów potnych i krew wydostaje się na zewnątrz, na powierzchnię skóry. Potwierdzeniem działania tego mechanizmu jest Całun Turyński, na którym odkryto ślady krwi nie tylko z ran zadanych Jezusowi z zewnątrz, ale także krwi, która wypłynęła z gruczołów potnych.
Jezus ma zgodzić się na cierpienie. Ten wielki wstrząs, który wywołał krwawy pot to właśnie zgoda na cierpienie. Z cierpieniem wiąże się lęk. Wielu ludzi mówi, że nie boi się śmierci, ale boi się cierpienia związanego ze śmiercią. Gdy spojrzymy na naszą codzienność to zauważymy, że my uciekamy od cierpienia. Uciekamy od cierpienia choroby stosując środki przeciwbólowe; uciekamy od cierpienia samotności w niekończące się spotkania, rozmowy o wszystkim i o niczym; uciekamy od cierpienia ciszy w telewizję, radio, Internet. Ale przez to tracimy coś ważnego. Skoro Jezus zbawił świat przez cierpienie, skoro święci zbliżali się przez cierpienie do Boga, to coś ważnego w cierpieniu musi być, mimo że się go tak lękamy. I tu odzywa się w nas “oświeceniowy racjonalista”, który mówi, że to przecież masochizm, cierpiętnictwo, jak można szukać cierpienia. Lęk przed cierpieniem jest zakodowany w naszej naturze – wynika z instynktu samozachowawczego, który walczy o to, by przeżyć za wszelką cenę, by nie ulec zniszczeniu.
Cierpienie, jak widać to w dziełach pozostawionych przez wielkich świętych, łamie nasza pychę. Łamie to poczucie, że wszystko możemy zrobić sami, poczucie samowystarczalności. Czego uczy mnie Jezus, kiedy w tak wielkim lęku i strachu przyjmuje na siebie cierpienie? Jezus pokazuje, że mam wchodzić w sytuacje, które na pierwszy rzut oka mnie rujnują i niszczą. W te sytuacje, których tak bardzo się boję. Jezus będąc Bogiem, był równocześnie prawdziwym człowiekiem i przeżył lęk związany z tą sytuacją, ale w nią wszedł. Zgodził się na wolę Boga. Tego właśnie uczy mnie Jezus, to ja mam czynić.
Jest takie opowiadanie o trzech drogach. Pewien mały chłopiec, Jaś, mieszkał w wiosce, za którą droga rozdzielała się na trzy. Wszyscy wiedzieli, że jedna z dróg prowadzi nad morze, druga do miasta, a trzecia “donikąd”. Mały Jaś z zainteresowaniem pytał dorosłych co to jest za droga, po co ktoś ją wybudował, skoro prowadzi “donikąd”? A dorośli pukali się w czoło twierdząc, że nikt jej nie wybudował, zawsze tu była, ale nikogo nie interesuje, co tam jest, bo droga ta donikąd nie prowadzi. Jaś bardzo się zainteresował ta sprawą i jego największym pragnieniem było pójść tą drogą by sprawdzić dokąd prowadzi. Co jest na jej końcu. Gdy dorósł, pewnego dnia wziął bochenek chleba, butelkę z wodą i ruszył tą drogą. Początkowo była zwyczajna jak każda inna, potem zaczęło się robić ciemno, nieprzyjemnie, zaczął słyszeć dziwne odgłosy, napotykał chaszcze, krzewy które z trudem pokonywał. Po pewnym czasie Jan był już mocno poraniony i poparzony od pokrzyw. Gdy miał już zawracać zobaczył psa. Jeśli jest tu pies – pomyślał – to muszą tu być także ludzie. Pies podszedł, polizał jego rany dając ukojenie i potem ruszył przed nim merdając ogonem. Jan szedł za psem jeszcze kilka kilometrów. Stopniowo gąszcz zaczął się przejaśniać aż w końcu chłopak znalazł się na polanie, na której znajdował się przepiękny pałac. W oknie bogato ozdobionego budynku zobaczył królową, która zaprosiła go zdziwiona, że ktoś wreszcie przełamał się i wybrał tę trzecią drogę. Jan został obdarowany kosztownościami, wrócił do swojej rodzinnej wioski i wszystkim opowiadał, co przeżył.
W naszym życiu jest wiele dróg. Możemy wybierać drogę łatwą, prostą i przyjemną. Cierpienie często wydaje nam się droga “donikąd”. Drogą do unicestwienia, do śmierci. Krwawy pot Jezusa Chrystusa, który świadomie wchodzi na drogę cierpienia jest dla nas znakiem – drogowskazem do pełni szczęścia – drogowskazem do Boga.
WODA (4)
Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty powiedziała: “Pracuje mi się znacznie lżej i uśmiecham się szczerzej, gdy pamiętam o wszystkich moich cierpiących braciach i siostrach”.
Przywołujemy w naszej pamięci Mękę Jezusa Chrystusa, żeby inaczej spojrzeć na nasze cierpienie (wnioski z poprzednich kazań). Dzisiaj woda – najpopularniejszy związek chemiczny istniejący na ziemi. Powstaje wysoko w atmosferze z połączenia wodoru i tlenu, jest to podstawowy składnik całego świata przyrody i ciała ludzkiego. Zobaczmy gdzie woda występuje w opisie Męki Pańskiej:
“Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu mówiąc: nie jestem winny krwi tego sprawiedliwego (Mt 27,24).
Woda ma właściwości myjące. Co ciekawe, wydaje się nam, że woda unicestwia brud, ale tak naprawdę ona go tylko przenosi w inne miejsce. Ten brud ciągle istnieje – cząsteczki wody łączą się z cząsteczkami zanieczyszczeń i dana powierzchnia staje się czysta – wolna od brudu. W Piśmie Świętym te oczyszczające właściwości wody pojawiają się dosyć wcześnie – Potop jest tutaj pierwszym przykładem oczyszczającego działania wody i zapowiada, że Bóg przez wodę będzie oczyszczał ludzi. Żydzi praktykowali wiele rytualnych obmyć. Biblia mówi o szeregu sytuacji, w czasie których człowiek zaciąga rytualną nieczystość i stąd konieczność rytualnych oczyszczeń. Piłat umył ręce, chcąc pozbyć się odpowiedzialności za wyrok wydany na Jezusa a w konsekwencji za Jego śmierć.
Piłat jak słyszeliśmy w Ewangelii niejednokrotnie czytanej i rozważanej próbował uwolnić Jezusa. Przypominam sobie teraz, że gdy byłem dzieckiem i słuchałem tego fragmentu, zawsze miałem nadzieję, że tym razem uda się Jezusa uwolnić, że ludzie tam zgromadzeni nie będą krzyczeć “Ukrzyżuj Go!”, że Piłat zdoła jakoś to załatwić. Widziałem w tym człowieku dobre serce. Piłat jest klasycznym przykładem “miłości według świata”. Na czym ona polega? Musimy sobie w tym momencie zadać pytanie: czy można być dobrym człowiekiem nie będąc chrześcijaninem. Jest przecież wielu ludzi afiszujących się jako niewierzący, a czyniących wiele dobra, podejmujących działalność charytatywną, społeczną, poświęcających swój czas, pieniądze, zdrowie, talenty. Odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie brzmi: tak – można być dobrym człowiekiem, nie będąc chrześcijaninem, ale chrześcijanin, to ktoś więcej niż dobry człowiek. Człowiek niewierzący w Jezusa Chrystusa, który czyni dobro, zatrzymuje się na pewnej granicy – jest nią lęk. Ten lęk przeżył Piłat, który bał się utraty swojego stanowiska, prestiżu. Jest to lęk powodujący, że czyni się dobro tylko do momentu, gdy jest ono zauważane, gdy przynosi efekty, gdy dzięki temu jestem poważany, cieszę się dobrą opinią. Granicą jest strach przed klęską. Jeżeli moje dobre czyny miałyby przynieść mi jakąś poważna stratę, całkowity upadek mojego dobrego imienia i zatrzymałbym się na tej granicy – kochałbym “miłością według świata”. A jaka jest miłość według Jezusa – miłość chrześcijańska. W opisie Męki Pańskiej, w innej Ewangelii jest również obmycie wodą. Musimy się cofnąć do Ostatniej Wieczerzy, gdy Jezus obmywa uczniom nogi. To jest miłość chrześcijańska – miłość aż do śmierci. To jest dawanie dobra drugiemu człowiekowi z całkowitym zapomnieniem o sobie. Z narażeniem się na klęskę, na stratę, na całkowite zniszczenie. Według świata taka miłość jest słabością, świat jej nie uznaje, świat ją wyśmiewa. Ale skoro Jezus nas jej uczy, to widocznie taka właśnie miłość prowadzi do pełni szczęścia. Gdzie ją można praktykować, gdzie można jej się uczyć. W codzienności istnieje niezliczona ilość sytuacji, kiedy mamy szansę taką miłość pokazać. Tak jest wtedy, gdy pojawia się dodatkowe zadanie do wykonania – nieefektowne, może żmudne lub odrażające. Na pytanie – “Kto to zrobi? Kto zostanie dłużej, poświęci swój czas nie mając z tego żadnych dodatkowych korzyści materialnych?” – zazwyczaj odzywa się w nas nasz zegarek i mówimy “nie mam czasu”, uciekamy od takich zadań. Jeżeli jednak przyjmujemy taki dodatkowy obowiązek, to pokazujemy prawdziwą miłość chrześcijańską. Inny przykład: żona jest cały czas w domu – sprząta, gotuje. Wykonuje każdego dnia setki różnych zadań. Gdy zdarzy się, że wykona 99, a mąż po przyjściu z pracy zauważy to jedno niewykonane, a ona cierpliwie to zniesie i będzie dalej pokornie podejmować swoje obowiązki, to pokaże prawdziwą miłość chrześcijańską. Jeśli mąż pracuje z pasją, tworzy jakieś dzieło: buduje, przerabia, ulepsza i w najważniejszym momencie słyszy wołanie małżonki: Obiad na stole! Jeśli przerwie swoje zajęcie i ze spokojem pójdzie na posiłek – pokaże prawdziwą miłość chrześcijańską. Są to nieliczne przykłady, które można by mnożyć wszyscy nieskończoność.
Znamy wszyscy powieść H. Sienkiewicz Quo Vadis?. Tytuł zostaje wyjaśniony dopiero w ostatnim rozdziale, kiedy św. Piotr uciekając z Rzymu przed prześladowaniami, widzi nagle jasność podobną do wschodzącego słońca, która zbliża się drogą ku niemu. W pewnej chwili zauważa, że jest to Jezus Chrystus, upada przed Nim na twarz i pyta: “Quo vadis Domine? – Dokąd idziesz Panie? Jezus odpowiada: Idę do Rzymu, z którego ty uciekasz, aby tam jeszcze raz być ukrzyżowanym w cierpiących prześladowania braciach”.
Jezus każe nam iść tam, dokąd powołuje nas Bóg. Być może wiele tam stracimy, będziemy cierpieć, ale pokażemy prawdziwą chrześcijańską miłość, która ma od Boga gwarancję nieśmiertelności. Każdy z nas jest ochrzczony – to ten najgłębszy skutek działania wody, oczyszczenia z grzechu i napełnienia Duchem Świętym. Piłat ochrzczony nie był i dlatego nie mamy mu za złe tego, że nie umiał kochać jak chrześcijanin, bezgranicznie, ale każdy z nas jest w tej uprzywilejowanej sytuacji. Przez chrzest otrzymaliśmy łaskę, czyli Bożą pomoc do tego, żeby kochać jak Jezus, bezgranicznie, bez lęku o siebie. Niech woda przypomina nam zawsze chrzest, bo to jest najważniejszy fakt naszego życia. On zmienia wszystko, on daje nam realną możliwość powtarzania w swoim życiu czynów Jezusa.
WINO ZAPRAWIONE GORYCZĄ (5)
Święty Jose Maria Escriva powiedział: “Jezus cierpi, by spełnić wolę Ojca, a ty, który również pragniesz pełnić Najświętszą Wolę Bożą idąc śladem Mistrza, czy możesz się żalić, gdy spotykasz się z cierpieniem jako towarzyszem drogi?”. Chcemy w naszym “laboratorium wiary” rozważać problem cierpienia (tu można powtórzyć wnioski z poprzednich kazań). Dziś posłuchajmy fragmentu Ewangelii według św. Mateusza: “Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić” (Mt 27,33n).
Substancja, którą będziemy analizować to wino zaprawione goryczą. Święty Marek pisze: “wino zaprawione mirrą” (Mk 15,23). W Gorzkich Żalach śpiewamy, że Jezus był pojony “gorzką żółcią i octem”. Co składało się na tę mieszankę, którą podali Jezusowi do picia żołnierze: mirra to żywica terebintu – drzewa podobnego do naszego dębu. Wino zmieszane z mirrą stosowano jako narkotyk, który miał przynieść ulgę w cierpieniu, a nie jak niektórzy sądzą dodatkowe męki dla skazańca. Jezus nie chce tego znieczulenia przyjąć, chce świadomie przeżywać cierpienie. Tu przypomina mi się fragment wywiadu ze znanym niemieckim psychologiem Karlem Gustawem Jungiem, przeprowadzonego w 1938 roku. Pewien Pastor odwiedził go w jego domu i podjął między innymi temat cierpienia. Psycholog wskazując na kopię witrażu przedstawiającego ukrzyżowanie Jezusa, który wisiał na ścianie jego pokoju, stwierdził, że to jest decydujący moment życia. Jung powrócił właśnie z Indii i zrozumiał na nowo, że ludzie Dalekiego Wschodu odrzucają cierpienie, zrzucają je jak swoją drugą skórę. Ludzie Zachodu tłumią je przez narkotyki i inne substancje psychoaktywne. Jedynym natomiast sposobem żeby przezwyciężyć cierpienie jest niesienie go na sobie, tak jak uczy nas tego Jezus Chrystus. O jakie filozofie Wschodu chodziło temu wybitnemu badaczowi dusz? Przede wszystkim o buddyzm, który pośród wszystkich systemów filozoficznych szczególnie wyraziście podejmuje problem cierpienia. W VI wieku przed Chrystusem Budda podał osiem sposobów na uniknięcie cierpienia, osiem ścieżek wyzwolenia by osiągnąć stan nirwany – beznamiętnego rozpłynięcia się w niebycie. Wszystkie te sposoby bazują na wysiłku człowieka, na jego staraniach. Buddyzm jest czasami nazywany religią likwidacji cierpienia. A jak to wygląda na Zachodzie w naszym kręgu cywilizacyjnym? Środki odurzające: nikotyna, alkohol, narkotyki. Gdy ktoś czuje niechciane emocje próbuje od nich uciec stosując te środki. Człowiek próbuje zagłuszyć to wszystko, co w nim się odzywa. Pewnym sposobem ucieczki są też czynności, które podobnie jak środki odurzające mogą wywołać uzależnienie. Zakupy, jedzenie, praca, hazard, telewizor, komputer, telefon to stosowane powszechnie mechanizmy ucieczki od trudnej do zniesienia rzeczywistości. Psychologia klasyfikuje mechanizm ucieczki w samotność; mechanizm projekcji, kiedy widzimy swoje grzechy w innych; mechanizm fiksacji, gdy skupiamy się nadmiernie na jednej sprawie zapominając o innych. Inne to regresja, racjonalizacja, myślenie magiczne, kompensacja. Jednak jak to ujął jeden z wierzących psychologów, którego wykładów miałem przyjemność słuchać: “psychologia tylko opisuje – to miłość leczy”. Te wszystkie zachowania stosowane rozsądnie i z umiarem nie są złe, gdyż stanowią wentyl bezpieczeństwa. Jednak dobrze wiemy, że dętka pozostawiona na dłuższy czas z odkręconym wentylem staje się bezużyteczna. Jezus w czasie Męki rezygnuje zupełnie z tej ucieczki by w pełni doświadczyć cierpienia, a co za tym idzie by doświadczyć nowej jakości życia – zmartwychwstania. Gdy mamy problem emocjonalny mamy w niego niejako wejść, mamy rozpoznać i nazwać uczucia, które nami kierują, a nie od nich uciekać. Jeśli nie zgodzimy się na wejście w cierpienie psychiczne, czy fizyczne już dzisiaj, z wolnej woli, to będziemy do tego przymuszeni po śmierci w Czyśćcu. Po co jednak męczyć się teraz, skoro przyszłość jest taka niepewna. Kto udowodni, że po śmierci na sto procent będzie jakieś życie? Mówi nam o tym wiara, jednak wejście w cierpienie już teraz powoduje już teraz nowe doświadczenie życia. Jezus w śmierci doświadczył zmartwychwstania, a my przyjmując szczególnie niezawinione cierpienie możemy doświadczyć nowej jakości życia, którego dawcą jest Bóg. Kiedyś nasunęło mi się porównanie krzyża do baterii. Gdybyśmy krzyż w połowie przecięli to powstają dwie części: plus i minus. W krzyżu jest potencjał: z jednej strony nas odpycha, przyciągając jednocześnie obietnicą życia. Doświadczenie tego jest możliwe tylko wtedy, gdy zgodzimy się na niego. Cierpienia w naszym życiu jest wiele – Kościół w Wielkim Poście podaje nam trzy szczególne momenty w których cierpienie nabiera nowego wymiaru: jałmużna – mam coś stracić, dać z siebie drugiemu; post – mam poczuć głód, niezaspokojenie jednej z głównych potrzeb fizjologicznych; modlitwa – mam zrezygnować z samowystarczalności i aktywizmu, zdać się na wolę Bożą. Zakończę słowami św. Jose Marii: “Powiem ci jakie skarby posiada człowiek na tej ziemi abyś nimi nie gardził: głód, pragnienie, upał, zimno, cierpienie, hańba, ubóstwo, samotność, zdrada, oszczerstwo, więzienie… To wszystko jest naszym wielkim skarbem ale tylko gdy przyjmowane bez znieczulenia”.
KREW I WODA (6)
To ostatnie Gorzkie Żale w tym roku. Ostatnie spotkanie z cierpieniem Jezusa w takich okolicznościach. Chcemy więc zabrać coś na drogę, wyryć mocno w sercu coś, co pozwoli nam przetrwać trudne chwile, które pojawią się w naszym życiu. Przez pięć niedziel szliśmy razem z Jezusem w miejsca, które wyznaczały drogę Jego męki. Odnajdowaliśmy tam ślady substancji, przez analizę których chcieliśmy lepiej zrozumieć sens męki Jezusa Chrystusa, by lepiej zrozumieć naszą życiową drogę krzyżową. Byliśmy z Jezusem w Betanii, gdy został namaszczony, byliśmy w Wieczerniku gdy ustanowił Eucharystię, byliśmy w Ogrodzie Oliwnym, gdy modlił się przed męką. Byliśmy świadkami sądu Piłata i wreszcie w ubiegłą niedzielę staliśmy pod krzyżem Jezusa.
Dzisiaj posłuchajmy, co pisze Ewangelista Jan: “Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19,33n). Dziś moment kulminacyjny w naszym laboratorium wiary – krew i woda. Badania kliniczne wykazały, że po przebiciu serca człowieka, który przeżywał długą agonię wypływa z niego surowiczna ciecz hydroperikardialna, która gromadzi się w worku osierdziowym. Gdy to przebicie jest gwałtowne razem z ową cieczą wypływa z serca krew. Słowa te zapisał święty Jan, a wiemy, że jego Ewangelia skierowana jest do ludzi ochrzczonych, wierzących, do tych, którzy pragną pogłębienia wiary. Możemy więc śmiało powiedzieć, że jest to Ewangelia skierowana do nas, którzy przychodzimy na Gorzkie Żale, którzy chcemy czegoś więcej. To jest moment kulminacyjny: przebicie boku Jezusa Chrystusa. Tu właściwie jest wszystko. I ośmielę się stwierdzić, że kto zrozumie ten moment, kto zrozumie śmierć Jezusa na krzyżu, ten zrozumie chrześcijaństwo. Najważniejsze bowiem to uwierzyć w miłość. Postaram się wyjaśnić dlaczego właśnie tak możemy chrześcijaństwo streścić. Najpierw analiza substancji, które wypływają z boku Jezusa. U św. Jana woda zawsze oznacza moc duchową – Ducha Świętego. Sakrament, który daje nam Ducha Świętego to przede wszystkim chrzest. Jest on nazywany sakramentem wiary. Natomiast krew to znak prawdziwości ofiary. Zapowiedź Eucharystii – sakramentu miłości. Eucharystia pokazuje jak bardzo Bóg nas kocha. Jest to wypełnienie tej zapowiedzi, która pojawiła się jeszcze w Starym Testamencie, kiedy to krew baranka chroniła Izraelitów przed mieczem Anioła śmierci. Teraz Krew Jezusa wybawia nas, ratuje z grzechu.
W ciągu ostatnich kilku dni, codziennie, przynajmniej trzy godziny spędzałem w konfesjonale. I rodziła się we mnie pewna refleksja, gdy słuchałem grzechów ludzi. Gdybym je uśrednił, to mógłbym podać kilka pojawiających się najczęściej. Starałem się odnaleźć w nich ich przyczynę i dochodziłem zawsze do jednej – do lęku. Jeśli ktoś mówił, że się nie modlił, to znaczy, że lękał się straty czasu, lękał się, że modlitwa sprawi, że nie zdąży czegoś zrobić, że czegoś nie załatwi, czegoś nie zyska. Wolał w tym czasie działać, aktywnie pracować albo wypoczywać, uzdrawiać swoje ciało. Jeśli ktoś mówi, że nie był w niedzielę w kościele, bo pracował, to znaczy, że lękał się pójścia do kościoła, bo to mogłoby sprawić, że straci pracę, lękał się o swoje życie, o to żeby utrzymać rodzinę. Jeśli ktoś mówi, że jadł mięso w piątek, to znaczy, że lękał się wyłamania z towarzystwa, które drwiło z przykazania kościelnego. Lękał się cierpienia, które spowodowane jest brakiem tego pokarmu, lękał się głodu. Jeśli ktoś mówi, że kłamał to znaczy, że lękał się prawdy. Lękał się tego, że prawda może od niego wymagać cierpienia. Jeśli uczeń mówi, że ściągał na lekcji, to ewidentnie lękał się złej oceny. Jeśli ktoś mówi, że kłócił się z bliźnim, to znaczy, że lękał się, iż jego racja przegra, że ktoś inny zwycięży. Moglibyśmy tak jeszcze długo analizować i zawsze dostrzeżemy, że u podstaw grzechu leży strach, lęk, niepokój. Skąd on się w nas bierze? Bierze się z zapomnienia o miłości Boga do nas. Skoro Bóg nas kocha, to znaczy, że zna nasze potrzeby, co więcej może je wszystkie zaspokoić. I gdy o tym zapominamy, to pojawia się w nas takie myślenie: “Bóg mnie nie kocha. A zatem muszę w życiu poradzić sobie sam. Muszę sam załatwić sobie szczęście. Ustawić się, urządzić. Widzę jednak, że moje siły są bardzo małe. Bóg jest wszechmocny – ja mogę bardzo mało”. Z tego wynika lęk. W tzw. “wyścigu szczurów” mogę odpaść, przegrać. Gdy czytamy literaturę łagrową, opisy doświadczeń ludzi, którzy przeżyli gehennę obozów zagłady, to widzimy do czego może posunąć się człowiek w ekstremalnych warunkach, w sytuacji, gdy musi walczyć o życie. Posuwa się do czynów niemalże zwierzęcych. A zatem ów strach przed stratą, przed cierpieniem jest dla nas jak klatka, jak więzienie. To powoduje sytuację ciągłego wybierania grzechu. Wtedy nawet, gdy spowiadamy się co miesiąc, popełniamy ciągle te same grzechy i nie widzimy szansy, żeby się z nich wyzwolić. Co zrobić, żeby uwolnić się od tego lęku i z grzechu, który jest jego skutkiem? Półki w księgarniach uginają się od pozycji w stylu: “Jak poradzić sobie ze stresem”, “Jak myśleć pozytywnie”, “Jak wyzwolić swoją wyobraźnię”. Dla nas chrześcijan tym najważniejszym poradnikiem jest Pismo Święte, a święty Jan w jednym ze swoich listów stwierdza, że “w miłości nie ma lęku” (1J 4,18). A zatem, żeby przestać się lękać, trzeba uwierzyć w miłość. Wiara jest w nas od momentu chrztu świętego – to jest woda, która wypływa z boku Jezusa. Miłość to Eucharystia. Jezus Chrystus nie tylko mówi jak bardzo nas kocha. Jezus prawie natychmiast daje nam siebie w Komunii Świętej. Uwierzyć w miłość. Jak to działa? Jeżeli wierzę w to, że Bóg mnie kocha, to jednocześnie wiem, że On się o mnie troszczy, że On da mi wszystko, co do szczęścia potrzebne. I wtedy mogę stracić wszystko, mogę stracić nawet życie, ale Boga nikt mi nigdy nie zabierze, On zawsze będzie ze mną. Wtedy przestaję się lękać o siebie. To nie znaczy, że chrześcijanin jest człowiekiem, który nie przeżywa życiowych trudności. Trudności będą. Chrześcijanin jak każdy inny człowiek traci pracę, doświadcza biedy, ma chore dzieci, ktoś bliski mu umiera, ktoś bliski choruje na chorobę alkoholową. Czasami, gdy przychodzi do mnie młody człowiek i boi się jakiegoś ważnego egzaminu (najczęściej matury) to staram się go naprowadzić na właściwe myślenie przez zadawanie jednego pytania: “Co się może stać?” Jeśli nie zdam matury – będę musiał zdawać jeszcze raz, będę rok “do tyłu”. Ale co z tego – co się wtedy może stać? Będę na utrzymaniu rodziców, nie będę miał perspektyw rozwoju. Ale co się wtedy jeszcze może stać? Mogę mieć nawet myśli samobójcze, bo nie będę widział sensu życia. Można tak drążyć i pytać, ale tym co najgorsze może być jedynie śmierć. Możemy umrzeć. Dla chrześcijanina śmierć niczego nie kończy. Pozostaje Pan Bóg. Chrześcijanin to człowiek, który nie lęka się śmierci. A zatem mamy modlić się o wiarę w miłość Boga do nas. Pewien artysta plastyk miał w swojej pracowni pasyjkę ściągniętą z krzyża. Potrzebował ją do jakiejś konstrukcji, do jakiegoś nowoczesnego dzieła. Przez przypadek ta pasyjka wpadła do masy plastycznej. Wyciągnął ją natychmiast i w masie powstał odcisk Jezusa Chrystusa z wyciągniętymi jak na krzyżu rękami. Artysta ten stworzył rzeźbę: na ziemi leży odcisk ciała Jezusa Chrystusa, a sam Jezus stoi tak, jakby był ukrzyżowany, ale bez krzyża. Jest to rzeźba, która pokazuje nam, że w krzyżu jest zmartwychwstanie, że krzyż jest zapowiedzią czegoś, co ma nastąpić po nim.
Zbliżamy się do Nocy Paschalnej, w czasie której odnowimy przyrzeczenia chrzcielne i prosić będziemy Boga, by pogłębił naszą wiarę. Tam doświadczymy mocy Bożej miłości w Eucharystii. Ruszamy w codzienność. Już za chwilę będziemy mogli sprawdzić, czy te słowa które powiedziałem się spełniają, czy to “działa”. Czy wiara w Bożą miłość zmienia moje życie. Życzę wszystkim doświadczenia Paschy, czyli przejścia: od lęku, zniewolenia do wolności; od śmierci do życia.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






