SOLIDARNOŚĆ (IV)
W czasie ostatniej wieczerzy Jezus wstał od stołu i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do misy. I zaczął obmywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. […] A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: “Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy mnie nazywacie «Nauczycielem» i «Panem», i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak ja wam uczyniłem” (J 13,4-5.12-15).
W każdy Wielki Czwartek, podczas wieczornej liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej odczytujemy ten niezwykły fragment Ewangelii według św. Jana. Tuż przed swoją męką i śmiercią Jezus przekazuje uczniom swój duchowy testament. Ale nie ogranicza się do słów. Ten, który jest Panem i Nauczycielem, wstaje od stołu i robi nieoczekiwanie coś, co należy do obowiązków służby: umywa swoim uczniom nogi. Poprzez ten zdumiewający czyn Jezus daje swoim uczniom i jednocześnie nam wszystkim przykład do naśladowania. Jego postępowanie staje się w ten sposób wzorcem naszego postępowania w codziennym życiu. W życiu Jezusa słowa odpowiadały czynom. Jezus po prostu żył tym, co mówił. Dla nas oznacza to, że słowa są ważne, ale liczą się przede wszystkim czyny, liczy się przede wszystkim wiarygodne świadectwo życia.
W dziejach chrześcijaństwa nigdy nie brakowało ludzi zdolnych do dawania takiego właśnie wiarygodnego świadectwa swojej wiary w Jezusa Chrystusa. Jednym z takich ludzi była Matka Teresa z Kalkuty, która całkowicie poświęciła się służbie najuboższym. Wiele lat temu otrzymała ona list od prezydenta Północnego Jemenu, w którym prosił ją, by przysłała do jego kraju kilka swoich sióstr do opieki nad trędowatymi. Po raz pierwszy od ośmiuset lat zaproszono do tego mahometańskiego kraju chrześcijan. Matka Teresa odpowiedziała, że chętnie wyśle tam siostry, ale pod warunkiem, że będzie mógł z nimi pojechać kapłan. “Bo my nie możemy żyć bez Eucharystii” – napisała.
Kiedy potem pewien islamski duchowny zobaczył, jak siostry Misjonarki Miłosierdzia myją, opatrują, pielęgnują, karmią i biorą w ramiona chorych na trąd, powiedział do towarzyszącego im księdza: “Dotąd byłem przekonany, że Jezus Chrystus był prorokiem. Teraz jednak wierzę, że jest On Bogiem, bo jedynie Bóg może napełnić ludzi taką miłością”.
Matka Teresa i jej siostry konsekwentnie, dosłownie potraktowały Chrystusowe wezwanie do służby bliźniemu. Nie słowami, ale czynami świadczyły o Bogu. Zwróćmy jednak jeszcze uwagę na zdanie napisane przez Matkę Teresę: “Bo my nie możemy żyć bez Eucharystii”. To nie przypadek, że Jezus w wieczór przed swoją męką nie tylko umył swoim uczniom nogi, ale też ustanowił Eucharystię. Ona bowiem jest szczytem Jego poświęcenia, Jego pokornej, autentycznej służby człowiekowi, Jego solidarności z nami, jest apogeum Jego miłości do każdego z nas. W Eucharystii Bóg daje nam samego siebie, dlatego jest ona dla nas źródłem mocy niezbędnej do tego, by żyć, mocy, której potrzebujemy, by naśladować Chrystusa, by służyć z poświęceniem człowiekowi, tak jak służył mu sam Chrystus. Każda msza św. wzywa nas do solidaryzowania się z drugim człowiekiem, do pokornej, ofiarnej i pełnej miłości służby bliźniemu. Podczas każdej Eucharystii Jezus mówi do nas: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi Jezusa, wszystkich nas umiłował tą samą bezgraniczną miłością. Dlatego mamy sobie z miłością wzajemnie umywać nogi, a nie bezdusznie i z wyniosłością zmywać głowy. Służba bliźniemu jest ostatecznie zawsze służbą samemu Chrystusowi. Poprzez człowieka, któremu służymy, spogląda na nas zawsze Chrystus.
Widok Jezusa obmywającego uczniom nogi, Jezusa służącego człowiekowi – zwłaszcza zagubionemu i grzesznemu, zaprasza nas do zrobienia rachunku sumienia, do zastanowienia się na tym, ile jest w naszym życiu autentycznej, pełnej miłości służby bliźniemu, służby wzorowanej na służbie samego Jezusa i wyrastającej też ze świadomości, że każdy z nas jest słaby, grzeszny i potrzebuje Jego służby pełnej przemieniającej miłości. Niech pomoże nam w tym ewangelijna inna opowieść, która także mówi o umywaniu nóg.
W Ewangelii św. Łukasza czytamy: W owym czasie jeden z faryzeuszów zaprosił Jezusa do siebie na posiłek. Jezus wszedł więc do jego domu i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że gości w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u Jego stóp, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego stopy i włosami swej głowy je wycierała. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem (Łk 7,36-38).
Ewangelista opowiada nam osobliwą historię, którą nazwalibyśmy dzisiaj po prostu skandalem. Z drugiej strony mamy tu do czynienia z mało znaczącym epizodem, który z pewnością utonąłby w mrokach dziejów, gdyby św. Łukasz nie umieścił go w swojej Ewangelii jako dobrej nowiny o królestwie Bożym, o odpuszczeniu grzechów i pełni życia. Co wydarzyło się wtedy w jednym z galilejskich miast?
Jednym z bohaterów tego wydarzenia jest człowiek imieniem Szymon – faryzeusz, który starał się żyć według Bożych przykazań. Jak każdy pobożny Żyd żywił cichą nadzieją, że będzie kiedyś świadkiem przyjścia obiecanego Mesjasza. I oto w szabat słyszy w synagodze nauczającego Jezusa. Jest zachwycony, poruszony; nigdy jeszcze nie słyszał kogoś przemawiającego w ten sposób. Wielkie wrażenie zrobiły na nim proste i pełne mocy słowa o nadchodzącym królestwie Bożym, o życiu w pełni, które staje się udziałem człowieka. To wszystko sprawia, że Szymon pragnie poznać Jezusa bliżej. Dlatego zaprasza Go do siebie w gościnę.
I wtedy w jego domu, przy stole, w obecności tak słynnego i nieprzeciętnego Gościa staje się coś, czego nikt się nie spodziewał: to na wskroś męskie spotkanie zostaje zakłócone pojawieniem się kobiety – i to jakiej kobiety! Nikogo nie interesowało jej imię (nie należy utożsamiać jej ani z Marią z Betanii, ani też z Marią Magdaleną!) – była po prostu grzesznicą, w dodatku znaną w całym mieście – także i w wyższych sferach. Wszystkim wydawało się, że wiedzą wszystko o tej jawnogrzesznicy, a to, czego nie wiedziano, uzupełniała wyobraźnia. Tak więc w lepszym towarzystwie pojawiła się nagle jedna z tych, które porządnym ludziom służą zwykle za przykład, jak bardzo można się stoczyć, jeśli się nie żyje według Bożych przykazań, i których wielu ludzi potrzebuje do tego, by na ich tle wypaść nieco lepiej w oczach innych.
Ta kobieta nie ma nic do stracenia. Jeśli czegoś od kogoś oczekuje to tylko od Niego – od tego niezwykłego człowieka, który przemierza Galileę wzdłuż i wszerz, i nie przestaje nawoływać do nawrócenia, nauczać o Bożym miłosierdziu i odpuszczeniu grzechów, który spotyka się tak ze sprawiedliwymi, jak i grzesznikami. Ta, która dotychczas za każdą pieszczotę kazała sobie płacić, składa nagle całą swoją czułość, wrażliwość i serdeczność na stopach Jezusa. Jeśli po tylu fałszywych pozach ma jej ktoś uwierzyć, to tylko On. I okazuje się, że On jej wierzy – tak jak ona Mu wierzy. Stojąc pośrodku gromady oskarżycieli – w Nim znalazła swego adwokata, swego obrońcę i wybawiciela.
Szymon jest zaskoczony, wręcz zaszokowany tupetem, zuchwalstwem bezceremonialnością, poufałością tej kobiety, ale jeszcze bardziej zdumiewa go postawa Jezusa, który jej na to wszystko pozwala. Jednakże bardziej niż nad tym skandalem pod jego własnym dachem, czyniącym zeń pośmiewisko dla całego miasta, bolał nad tym, że jeszcze raz się zawiódł, że znowu jego nadzieje okazały się płonne. Czy ktoś taki może być prorokiem, ktoś, kto nie trzyma się tradycji i kpi sobie z przepisów Prawa?
Sprawiedliwy i grzesznica, pobożny Żyd i nierządnica, faryzeusz Szymon i bezimienna upadła kobieta – oboje żywią tęsknotę, nadzieję na to, że wypełnią się Boże obietnice, że przyjdzie Mesjasz i wtedy wszystko stanie się inne, nowe. Oboje szukają Go – choć każdy w inny sposób. Każdy szuka Go dla siebie i niejako we własnym interesie. Jeszcze nie potrafią, nie mają siły szukać Go razem: Szymon jest jeszcze pełen pogardy dla tej kobiety powodu jej rozwiązłości, a ona serdecznie go nienawidzi za jego wyniosłość.
Nie wiemy, jak potoczyły się losy tych dwojga ludzi. Kto wie, może to spotkanie z Jezusem pomogło im zbliżyć się do siebie. Może oboje zrozumieli, że każdy z nich na swój sposób potrzebuje Bożego miłosierdzia i przebaczenia. Czy spostrzegli, że powinni darzyć się wzajemnie miłością, którą każdy z nich z osobna okazał Jezusowi?
A my? Czy jesteśmy świadomi tego, że każdy z nas tak samo potrzebuje miłosierdzia, i że to powinno nas łączyć, a nie dzielić? Każdy, kto doświadcza Bożego przebaczenia, widzi w każdym grzeszniku swego brata, w każdej grzesznicy swoją siostrę, a ostatecznie – siebie samego. Do takiej “solidarności grzeszników” wzywa nas Jezus. Jej wyrazem jest wzajemne przebaczenie sobie win, zawarte w prośbie modlitwy “Ojcze nasz”: I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Jej wyrazem jest także nasza służba drugiemu człowiekowi, nasza wzajemna miłość. Miłość, jaką okazuję moim braciom i siostrom, powinna odzwierciedlać ogrom Bożego miłosierdzia, jakiego sam doświadczam. Wtedy faryzeusze i grzesznicy zbliżają się do siebie, spoglądają sobie w oczy bez nienawiści i wyniosłości, podają sobie ręce, towarzyszą sobie na drodze naśladowania Chrystusa, stają się braćmi i siostrami, którym Bóg wiele darował. Wszystkim nam bez wyjątku Bóg okazał solidarność i miłość, która służy, którą daje się w ofierze, która nie cofa się przed śmiercią i która trwa nawet poza granice śmierci.
Pojednanie (V)
W wielkoczwartkowy wieczór, podczas wieczerzy, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom mówiąc: “Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: “Pijcie z niego wszyscy, bo to jest Krew Przymierza, która [za was i] za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,26-28).
Pierwszy dzień Świętego Triduum Paschalnego, Wielki Czwartek, jest przede wszystkim uobecnieniem tajemnicy nieskończonej miłości Boga do każdego człowieka i świętowaniem ustanowienia Najświętszej Eucharystii, tajemnicę, pamiątkę naszego pojednania z Bogiem.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Wielki Czwartek był także dniem, w którym przyjmowano ponownie do Kościoła grzeszników. W tamtych czasach grzesznicy musieli czynić publicznie pokutę – niekiedy bardzo długo: rok, albo i nawet kilka lat. Nie wolno było im uczestniczyć w liturgii i przystępować do Stołu Pańskiego. Po upływie czasu nałożonej pokuty, czekali oni właśnie w Wielki Czwartek przed bramą kościoła, by wyszedł do nich biskup, wziął ich w ramiona i wprowadził uroczyście do kościoła. W kościele biskup nakładał na nich ręce i udzielał im rozgrzeszenia: In quantum possum et tu indiges: Ego te absolvo a peccatis tius in nomie Patris et Filii et Spiritus Sancti (Na ile mogę, a ty potrzebujesz: odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego).
Dlaczego właśnie w Wielki Czwartek Kościół otwierał ponownie swoje podwoje przed tymi, którzy poprzez grzech odwrócili się od niego? Przede wszystkim dlatego, że jest to dzień, w którym Kościół uświadomił sobie, na czym polega istota chrześcijaństwa i godność chrześcijanina. Jesteśmy chrześcijanami, to znaczy “namaszczonymi”, gdyż Ten, w którego wierzymy, Jezus, jest Chrystusem, to znaczy “namaszczonym”. On jest tym, którego namaścił i posłał Duch Pański, aby ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, aby uciśnionych odsyłał wolnymi (por. Łk 4,18). On jest Tym, którego Bóg namaścił na Arcykapłana, przelewającego swoją Krew dla nas – na odpuszczenie grzechów, składającego ofiarę z siebie samego na ołtarzu krzyża – dla naszego zbawienia. Wielki Czwartek jest dniem, w którym ta właśnie tajemnica staje się treścią ustanowionej przez Jezusa w wieczerniku Eucharystii.
Jezus żyje w wielkiej zażyłości ze swoim Ojcem. Wszystko w ich wzajemnej relacji jest przepojone miłością. A życie dla Boga, życie pełne miłości do Boga promieniuje na innych – tak samo jak ogień, który płonąc, topi żelazo i jednocześnie oświetla i ogrzewa otoczenie. Miłość Chrystusa topi, gładzi nasze grzechy. On wstawia się za nami u Ojca. Mało tego: jednoczy się z nami, tworzy z nami komunię, stanowi jedno z nami i ze swoim Ojcem. Miłość Chrystusa, który dla nas stał się grzechem i na odpuszczenie naszych grzechów przelał w Wielki Piątek na krzyżu swoją Krew przynagla nas do tego, byśmy w duchu wdzięczności trwali w komunii z Nim, byśmy się z Nim identyfikowali, utożsamiali.
O tej tajemnicy miłości jednoczącej nas z Bogiem św. Paweł pisze w Drugim Liście do Koryntian tak: Miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. […] Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś pochodzi od Boga, który pojednał nas ze sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem! On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5,14-15.17-21).
Człowiek może odejść od Boga, może nawet oddalić się od siebie samego, ale nie może, nie jest w stanie wrócić do Boga o własnych siłach. Bóg jednak w Chrystusie wypowiedział dla człowieka i świata słowo pojednania. Pojednany z Bogiem świat jest nowym światem, nowym stworzeniem. Wszyscy ludzie, którzy przez chrzest zostali wszczepieni w Chrystusa, są nowym stworzeniem, zostali przez Boga obdarowani nowym życiem. Chrystus poprzez swoje życie i śmierć i zmartwychwstanie przerzucił most nad przepaścią, która oddzielała nas od Boga, i wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Święty Paweł wyraża tę nową rzeczywistość za pomocą słowa “pojednanie”. To pojednanie między Bogiem i ludźmi dokonało się poprzez śmieć Jezusa na krzyżu. Krzyż Chrystusa zatknięty na Golgocie jest potężnym znakiem pojednania. Jego belki skierowane w cztery strony świata wzywają nas wszystkich: Pojednajcie się z Bogiem!
Pojednanie z Bogiem i zbawienie w Bogu są podstawowymi treściami określającymi życie chrześcijan. Każdy z nas może oprzeć całe swoje życie na radosnej nowinie o tym, że Bóg w Chrystusie podał nam rękę, pojednał nas z sobą, zbawił nas, obdarował pełnią życia. Jako chrześcijanin mogę zatem mieć pewność, że moje życie ma mocny, niewzruszalny fundament, którym jest sam Bóg bogaty w miłosierdzie. Kiedy przez grzech oddalę się od Boga, zawsze mogę do Niego wrócić poprzez posługę jednania, którą Bóg zlecił Kościołowi. Kościół sprawuje tę posługę przede wszystkim przez sakrament pokuty i pojednania. Spowiedź św. jest znakiem Bożego miłosierdzia i przebaczenia, mającego swe źródło w śmierci krzyżowej Jezusa. Spowiadając się, spotykam się poprzez kapłana z Chrystusem uwalniającym mnie od moich grzechów i jednoczącym mnie z Ojcem. Wyznając szczerze moje grzechy, wyrażam jednocześnie gotowość do zdystansowania się od swojej przeszłości, do porzucenia dawnych grzesznych dróg, do nawrócenia i przemiany serca, zmiany sposobu myślenia i postępowania. Wiem przy tym, że o własnych siłach nie jestem w stanie tego dokonać. Tylko moc Boża, jedynie miłość Boża może mnie przemienić, uwolnić od ciężaru grzechów, niewierności, słabości i niedoskonałości. W spowiedzi dzieją się zaiste rzeczy wielkie: Bóg przywraca nam godność swoich dzieci, stwarza nas na nowo, stajemy się nowym stworzeniem.
Do tego osobistego i indywidualnego spotkania z Bożą miłosierną miłością, do pojednania się z Bogiem w sakramencie spowiedzi św. wzywa nas Kościół w każdym czasie – nie tylko w okresie Wielkiego Postu. Jak traktujemy wezwanie: Pojednajcie się z Bogiem? Czy mamy świadomość naszej grzeszności i potrzeby pojednania się z Bogiem przez wyznanie grzechów i czynienie pokuty?
Po spowiedzi wracamy do naszego codziennego życia. To właśnie tam, w konkretnych sprawach naszej codzienności przyjęty przez nas sakrament pokuty i pojednania ma wydać owoce nawrócenia i przemiany. Nasze codzienne życie ma być znakiem, świadectwem pojednania ludzkości z Bogiem, dokonanego przez Chrystusa na krzyżu. Nasza codzienna wytrwała modlitwa, uczynki miłosierdzia, pokorne przyjmowanie trosk, kłopotów i ograniczeń, cierpliwe znoszenie cierpień i niepowodzeń, zdecydowane przeciwstawianie się złu, grzechowi i wszelkim zagrożeniom dla życia i świata świadczą o naszym powrocie do Boga i pojednaniu się z Nim.
Pamiątką naszego pojednania jest msza św. Podczas Eucharystii słyszymy za każdym razem słowa: Za was i za wielu… na odpuszczenie grzechów – Jezus przelał swoją krew za wszystkich i wszystkich zaprasza na ucztę pojednania. Za to dziękujemy Mu w każdej Eucharystii. Sakrament pokuty i pojednania uzdalnia nas na nowo do uczestnictwa w tej wielkiej tajemnicy naszej wiary.
Pasja (VI)
Przez cały Wielki Post, poprzez niedzielny śpiew Gorzkich Żali i piątkowe nabożeństwa Drogi Krzyżowej, wpatrywaliśmy się w sceny pasji, męki Jezusa Chrystusa. Wszyscy ewangeliści poświęcają męce i zmartwychwstaniu Jezusa kilka końcowych rozdziałów swoich Ewangelii. Święty Mateusz szkicuje te obrazy z wyczuwalną prostotą i czcią. Może nas jednak zdziwić, że zawierającej zgodnie z tradycją aż czternaście stacji drodze krzyżowej poświęca on jedynie kilka wersów swojej Ewangelii: A gdy żołnierze Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie. Wychodząc, spotkali pewnego człowieka z Cyreny, imieniem Szymon. Tego przymusili, żeby niósł krzyż Jego. Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić (Mt 27,31-34).
Słuchając tych słów i wyobrażając sobie tę scenę mamy wrażenie, jak gdyby ktoś puścił taśmę filmową w przyspieszonym tempie. Mimo to jednak Mateusz zdaje sobie sprawę, że droga krzyżowa była dla Jezusa niekończącą się drogą w coraz to większe cierpienie i stale narastającą samotność. Nawet w tych kilku zacytowanych przed chwilą wierszach wyraźnie rysuje się obraz Jezusa cierpiącego. Każdy krok kosztował Go zapewne bezmiar wysiłku i bólu. Jezus wiedział, że nie ma możliwości odwrotu, że koniec tej drogi oznacza niechybnie koniec Jego życia – i to w strasznych męczarniach. Cierpienie Jezusa potęgował ciężar krzyża, który musiał dźwigać na swoich ramionach. Informacja o tym, że niejaki Szymon z Cyreny, który przypadkowo się tam znalazł, został przymuszony do niesienia krzyża Jezusa, świadczy o tym, że w którymś momencie skatowany, wyczerpany i opuszczony przez swoich uczniów Mistrz nie był już w stanie sam nieść krzyża. Możemy sobie wyobrazić, że Jezus bolał nad tym, że w ten sposób wciąga w swoje cierpienie innych ludzi.
Na Golgocie, tuż przed ukrzyżowaniem, żołnierze podali Jezusowi odurzający napój, mający złagodzić cierpienie krzyżowanego skazańca. Czyży chcieli choć trochę umniejszyć, załagodzić albo wręcz ukryć dziejącą się tu jawną niesprawiedliwość? Ale Jezus nie chciał wypić tego napoju; pragnął świadomie przeżyć ostatnie godziny swojego życia, chciał umierać przy pełnej świadomości.
Przybicie Jezusa do krzyża i jego podniesienie stanowiło tak straszliwy widok, że nawet dziś po dwóch tysiącach lat na samą myśl o tym zamykamy z przerażenia oczy. Ten, który niezmordowanie głosił Ewangelię życia, orędzie miłości Boga do człowieka i leczył ludzkie rany, został śmiertelnie zraniony. Obnażony Jezus zawieszony samotnie pomiędzy niebem i ziemią, pomiędzy życiem i śmiercią był całkowicie bezsilny wobec niewyobrażalnego cierpienia. Popatrzmy: tak z miłości do nas umierał Bóg.
Święty Mateusz pisze dalej, że kiedy żołnierze ukrzyżowali Jezusa, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy (Mt 27,35). Znaczy to, że traktowali to ukrzyżowanie tak samo, jak każde inne wykonanie wyroku i zgodnie z prawem rzymskim drogą losowania określali, komu z nich należą się szaty skazańca. Jezus musiał zatem z bólem przyglądać się z wysokości krzyża, jak próbowano wzbogacić się na Jego cierpieniu.
Razem z Jezusem ukrzyżowano dwóch złoczyńców, jednego po prawej, a drugiego po lewej stronie (Mt 27,38). Jezus musiał cierpieć jako niewinny wśród winnych, jako sprawiedliwy wśród niesprawiedliwych. Pan i Król został potraktowany jak złoczyńca. Nie mógł też w spokoju umrzeć. Konający Jezus darmo wyczekiwał dobrego słowa. Nikt Go nie pocieszał, nikt nie dodawał Mu odwagi. Zamiast tego przeklinano Go i lżono, szydzono z Niego, cynicznie wystawiano na próbę Jego wiarę, podawano w wątpliwość Jego moc – a On w żaden sposób nie mógł się bronić. W nadludzkiej cierpliwości i milczeniu znosił te wszystkie urągania.
Ale nawet w tym skrajnym opuszczeniu, w chwili konania, kiedy mrok ogarnął całą ziemię i zdawał się przenikać do serca, Jezus dał wyraz swojej głębokiej i pełnej miłości więzi z Ojcem, nie przestał być człowiekiem modlitwy. Około godziny dziewiątej – jak podaje Mateusz – Jezus zawołał donośnym głosem: “Eli, Eli, lema sabachthani?”, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mt 27,46). Te słowa, będące fragmentem Psalmu 22, wyrażają ogrom samotności i poczucie skrajnego opuszczenia, jakie może odczuwać człowiek, któremu nagle wszystko ucieka, wszystko się wymyka – nawet Bóg. Jezus przybity do krzyża zaznał nocy ducha i zmysłów, zmierzył się z ludzkim zwątpieniem, ze straszliwą bezsilnością, z przygniatającą pustką serca, z otchłanią zniszczenia i nędzy, dotknął dna ludzkiego doświadczenia. Lament konającego Chrystusa był mimo wszystko modlitwą ufności, a nie zwątpienia. Jezus nie zapomniał, komu zawierzył i u kogo ma szukać pomocy. Resztką sił chwycił się ręki Ojca; nic, ani straszliwe cierpienie, ani nawet śmierć nie mogła Go odłączyć od Jego miłości.
Według Ewangelisty Mateusza, słowa tej modlitwy były ostatnimi słowami Jezusa na krzyżu. Zanim oddał ducha, raz jeszcze zawołał donośnym głosem (Mt 27,50). W naszym języku nie ma takiego słowa, które by wyrażało ten ostatni okrzyk Zbawiciela.
Czy był to krzyk zdruzgotanego serca, które w skrajnej nędzy zwraca się, woła do Boga, gdyż tylko On jest jedynym ratunkiem?
Czy był to krzyk niesłusznie oskarżonego, skrzywdzonego, zdeptanego sprawiedliwego, który konając nie był już w stanie wypowiedzieć żadnego konkretnego ludzkiego słowa?
Czy był to okrzyk zwycięzcy, który doprowadził do końca dzieło, które mu zlecono?
A może był to krzyk oznajmiający nam, że nasze życie nie gaśnie cichutko i powoli, lecz wymaga wyraźnego, donośnego podsumowania?
Przede wszystkim był to okrzyk tego, kto wkracza w nieskończoną tajemnicę wiecznego Boga, kto zanurza się w Jego doskonałym pokoju, Jego życiu, Jego miłości.
Po zgonie Jezusa miały miejsce zdumiewające zjawiska: A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy umarli, powstało […] Setnik zaś i jego ludzie, którzy trzymali straż przy Jezusie, widząc trzęsienie ziemi i to, co się działo, zlękli się bardzo i mówili: “Prawdziwie Ten był Synem Bożym” (Mt 27,51-52.54). Czy ta opisana w jednym zaledwie wersie reakcja przerażonego rzymskiego setnika i podległych żołnierzy jest historią nawrócenia? Słowa: prawdziwie Ten był Synem Bożym, można z pewnością potraktować jak wyznanie wiary.
A co dzieje się z nami, gdy patrzymy na krzyż i ukrzyżowanego nań, ogołoconego, wyniszczonego, zdeptanego, martwego Syna Bożego? Czyż nie uświadamiamy sobie przy tym, że my też stale niszczymy, niweczymy dobro, które Bóg nam daje? Czy widzimy teraz, jak wiele śmierci jest w naszym życiu? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele w nim zdeptanej miłości, wzgardzonej prawdy, wyśmianej sprawiedliwości, jak wiele zgaszonych przez nas świateł, zaprzepaszczonych szans na znalezienie sensu życia i szczęścia?
Jednakże całe to dobro, które w sobie i w innych stale niszczymy, depczemy, odpychamy, wyśmiewamy, gasimy, zaprzepaszczamy i zabijamy, może wskrzesić, naprawić, odbudować, przywrócić, podźwignąć, wywyższyć i rozświetlić jedynie Syn Boży Jezus Chrystus. Może tego dokonać mocą swojego krzyża. On bowiem dla nas i za nas został ukrzyżowany, poniżony, wyszydzony, ogołocony wyniszczony, zdeptany i okrutnie zabity.
Nie zamykajmy zatem oczu, nie odwracajmy wzroku, nie uciekajmy spod krzyża, wytrwajmy przy Ukrzyżowanym – choćby nas to wiele kosztowało. Niech pasja, męka Chrystusa poruszy nas dogłębnie, niech nami wstrząśnie i pobudzi do nawrócenia, wyznania wiary i życia z wiary. A nawrócić się znaczy uwierzyć w Bożą miłosierną miłość, pojednać się z Bogiem i żyć we wspólnocie Kościoła ze zmartwychwstałym Chrystusem. Całe nasze życie streszcza się w odpowiedzi na pytanie zadane apostołom przez pierwszych nawróconych Żydów w Pięćdziesiątnicy: Cóż mamy czynić, bracia? Nawróćcie się – odpowiedział Piotr (Dz 2,37-38). Wiara zaś jest owocem nawrócenia – wiara jako ufność okazywana Ojcu przez dziecko. Prawdziwie nawrócił się ten, kto odnalazł na powrót miłość Boga. Jezus ukrzyżowany i zmartwychwstały mówi nam: Kto szuka siebie, zatraca się; kto zatraca się w miłości do Boga i bliźniego, odnajduje siebie.
| partnerzy: |
|
|



Drukuj






