W numerze
 
styczeń/luty 2012 » SYTUACJE DUSZPASTERSKIE » Pierwszy piątek »

Rozliczeni będziemy z miłości

Drukuj
Pewien król miał swego nadwornego błazna, który umilał mu dni swoimi powiedzonkami i żartami. Któregoś dnia król powierzył mu swe berło, mówiąc: Zatrzymaj je do czasu, aż znajdziesz kogoś głupszego od siebie. Wtedy będziesz mógł mu je podarować.

 

Syr 47,2-11; Mk 6,14-29
 
Pewien król miał swego nadwornego błazna, który umilał mu dni swoimi powiedzonkami i żartami. Któregoś dnia król powierzył mu swe berło, mówiąc: Zatrzymaj je do czasu, aż znajdziesz kogoś głupszego od siebie. Wtedy będziesz mógł mu je podarować.
Kilka lat później król poważnie zachorował. Czując zbliżającą się śmierć, przywołał błazna, do którego w gruncie rzeczy był bardzo przywiązany, i powiedział: Wyruszam w długą podróż. – Kiedy wrócisz? Za miesiąc? – Nie – odparł król. Nie powrócę już nigdy. – A jakie przygotowania poczyniłeś przed tą wyprawą? – zapytał błazen. – Żadnych – brzmiała smutna odpowiedź. – Wyjeżdżasz na zawsze – powiedział błazen – i wcale się do tego nie przygotowałeś? Proszę, weź to berło. Znalazłem wreszcie głupszego ode mnie (por. B. Ferrero, Królewski błazen).
Łatwo możemy sobie wyobrazić, jak niemiła atmosfera zapanowała na uczcie w pałacu króla Heroda. Zgromadzeni goście byli bezpośrednimi świadkami tego, co się tam wydarzyło. Emocje z pewnością były zróżnicowane. A zaczęło się tak niewinnie. Przecież taniec wcale nie jest czymś niewłaściwym, tym bardziej podczas hucznych uroczystości. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie obawa przed głoszącym królestwo Boże Janem Chrzcicielem.
Tego, który w wodach Jordanu wzywał do nawrócenia, spotkała śmierć. Święty Marek pisze: „Król posłał kata i polecił przynieść głowę Jana. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie”. Ów przerażający widok stał się udziałem wszystkich biesiadujących. Co działo się dalej? Jak wielkie poruszenie wywołała decyzja króla Heroda? – Ewangelista milczy na temat ludzkich reakcji. Nam pozostaje tylko zadać pytanie, komu tak naprawdę śmierć proroka znad Jordanu była potrzebna? Kto z tej sytuacji powinien wyciągnąć konstruktywne wnioski?
Ludzie, od których wiele zależy, żyją w każdym czasie i miejscu. Trzeba tylko odpowiednio wykorzystać darowaną szansę. W starotestamentalnej Księdze Mądrości Syracha znajdujemy pochwałę działalności Dawida: „Każdym swym czynem oddał chwałę Świętemu i Najwyższemu (…). Postawił przed ołtarzem śpiewających psalmy i mile płynął dźwięk ich głosów; świętom nadał przepych i upiększył doskonale uroczystości, aby wychwalano święte imię Pana”. Takie działanie z pewnością nikomu nie przyniesie wstydu.
Zadaniem chrześcijanina jest świadczyć o wielkiej miłości Boga do człowieka. Do tego zostaliśmy powołani mocą chrztu. Ponieważ nic nie usprawiedliwia zaniedbania i niechęci do czynienia dobra, nie wolno nam zaprzepaścić otrzymanej szansy. Pamiętajmy więc, że na życie wieczne pracujemy każdego dnia. Zwykła, szara codzienność przeżyta w sposób godny dziecka Bożego, jest najprostszą drogą do nieba. Pomocą służy Chrystus Eucharystyczny, nie pozwalający nam upaść ani zbłądzić.
Powróćmy jeszcze do pytań postawionych na początku homilii: komu tak naprawdę śmierć proroka znad Jordanu była potrzebna? Kto z tej sytuacji powinien wyciągnąć konstruktywne wnioski? – Jedno jest pewne: Jan Chrzciciel jest przykładem dla każdego z nas: do śmierci wytrwał na obranej drodze, wzywając do nawrócenia. Postępując podobnie, nie okażemy się – jak król – głupsi od królewskiego błazna. Niech każdy kolejny dzień będzie systematycznym przygotowywaniem się na życie wieczne.
 
autor: Danuta Szelejewska