W numerze
 
wrzesień/październik 2006 » SYTUACJE DUSZPASTERSKIE »

Święto podwyższenia Krzyża Świętego

Drukuj

Mądrość Chrystusowego Krzyża

Jest rzeczą dowiedzioną, że w cierpieniu leżą wielkie tajemnicze siły. Czego nie potrafią dokonać kazania, rekolekcje, misje, rady czy nagany innych, dokonuje cierpienie. “Jak silne wiatry zmuszają drzewo, by głębiej zapuszczało korzenie, tak nieszczęścia silnego człowieka, jeszcze silniejszym czynią” – mówi św. Ignacy. On sam na sobie tego doświadczył. I niejeden z nas tu obecnych tego doświadczył. Pomyśl, jak czule umiałeś rozmawiać z Bogiem, gdy cios uderzył w twój dom, gdy zwalił się na ciebie krzyż. Nieszczęście złożyło ci wtedy ręce, rzuciło na kolana, zjednoczyło z Bogiem. To były chwile twojego dojrzewania w wierze i człowieczeństwie. Bóg cię zaprosił do poznawania mądrości krzyża. On wciąż pozwala – mówi Sienkiewicz – bić w człowieka jak młotem, żeby z niego jakąś lepszą iskrę wykrzesać.

Pewien człowiek posiadał najwspanialsze perły świata. Niestety, z czasem klejnoty te straciły swój blask przez stałe przebywanie w świetle dziennym. Oczywiście straciły równocześnie swoją wartość. Za radą znawców postanowiono je spuścić w specjalnej skrzyni na dno morza, by tam przez działanie soli morskiej, po latach, mogły odzyskać swoje utracone piękno. Podobnie jest z nami. Nieraz tylko “sól” cierpienia może nam pomóc w odzyskaniu utraconej godności, piękna wewnętrznego, pokoju sumienia i blasku życia. “O cichy milczący krzyżu: jakże wiele umiesz powiedzieć, jak wymownie uczysz nas, gdy milkną już wszyscy inni nauczyciele” (F. Forster).

Zazwyczaj ból usposabia nas egoistycznie, pobudza do skarg, wywołuje w nas zazdrość w stosunku do innych, budzi w nas złość. Cierpienie wyzwala egoizm! Jest to reakcja zupełnie naturalna – wypływa ona z naszego instynktu samozachowawczego i niezadowolenia, jakie wywołuje w nas powodzenie innych. Jezus, przeciwnie, jest bohaterem, który nie został przytłoczony przez cierpienie. Nie daje się złamać upokorzeniom i cierpieniom. Jest nam jedynym i niedościgłym przykładem, w jaki sposób powinniśmy przyjmować i nadawać zbawienną wartość cierpieniom, którymi Boża Opatrzność dotyka naszą wrażliwość i nasze życie. Nawet w stanie ostatecznego cierpienia miał serce dla innych. “Uniżył samego siebie przyjąwszy postać sługi”. Usłużył nam swoim cierpieniem. “Gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przeciągnę wszystko do siebie”. “A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (Ew.). Gdybyśmy nie znali cierpiącego Chrystusa, nie znalibyśmy samych siebie. Zatracilibyśmy sens naszego życia, gdyby nie przemieniło go światło krzyża. Jeżeli przeżyjemy wielkość Jezusa cierpiącego, którego Bóg wywyższył poprzez cierpienie, nie będziemy bali się naszych krzyży w chwili, gdy nas Bóg na nie wynosi. Zawsze będzie nam towarzyszyć świadomość, że to Bóg mnie dotknął. Dotknął Ten, który mnie kocha i wie, co będzie dalej i jak mi to jest potrzebne. Zmarły w Rzymie (2000 r.) kard. Lucas Mortira, napisał w swoim testamencie: “wiele mnie to kosztuje, ale w duchu wiary i posłuszeństwa woli Bożej dziękuję również za chorobę. Pociesza mnie pewność, że dzięki temu cierpieniu zjednoczyłem się z męką Chrystusa. Za życia zaznałem czyśćca i mogłem się przyczynić bardziej niż jakimkolwiek kazaniem do zbawienia braci”. O jak wzorowo służył swoim cierpieniem zmarły kardynał. Był posłuszny woli Ojca niebieskiego aż do śmierci. Nasze cierpienia też nie powinny być puste i jałowe – one muszą owocować! Święty Tomasz Morus, kiedy szedł na śmierć męczeńską powiedział do najbliższych: “Nic takiego się nie zdarza, czego by nie chciał Bóg, a wszystko to, czego chce Bóg, choćby wydawało się najgorsze, jest najlepsze”. W każdym położeniu trzeba mówić Bogu – tak! Spotkało nas upokorzenie, ktoś nas skrzywdził, nie gniewajmy się na niego, nie przeklinajmy, lecz powiedzmy, że to Bóg mnie próbuje, doświadcza mnie jak Hioba, jak Jonasza. To jest On. To Bóg dobrał się do mnie i czegoś ode mnie chce. Przypomnijmy sobie, ile razy zmartwienia, kłopoty, nieprzespane noce pomogły nam coś lepiej zrozumieć, spojrzeć na siebie krytycznie, zrozumieć samego siebie. Były zadaniem do wykonania, były próbą, stopniem, po którym trzeba było wejść na górę. Było naszym wywyższeniem właśnie przez krzyż. Mówmy więc – niech się dzieje w naszym życiu to, co Pan Bóg chce by się działo. Ufajmy Bogu, że prowadzi nas drogą, jaka jest potrzebna. Cierpienie nie jest po to żeby nas zniszczyć. To Jezus podaje nam krzyż, abyśmy z siebie wydobyli więcej, abyśmy potrafili przeżyć doświadczenia innych, abyśmy przez ból stali się mądrzy. Abyśmy poznali mądrość Chrystusowego krzyża. Chciejmy żyć więcej duchem. A żyć duchem, to dostrzec, że Bóg nas prowadzi i przez radości i przez to, co nas zabolało. Żyć duchem to dać się prowadzić Bogu, to widzieć głębiej. Czytamy we wspomnieniach ks. Jana Twardowskiego jak spotkało go raz wielkie upokorzenie, zupełnie niesłusznie. “Cały trząsłem się ze złości – pisze – ale gdy wracałem do domu, przyszła mi myśl, że to przecież od Pana, i ogarnął mnie taki dziwny spokój”. Co za wiara! Odczytał wolę Bożą – to od Ciebie, Panie! Od Ciebie moja wiara wypróbowana w ogniu cierpienia. Pisał przecież: “Urokiem kapłaństwa jest dla mnie to, że jest z nim złączone wielkie cierpienie. Jezus wszystkiego co największe dokonał w cierpieniu. Ksiądz musi być przygotowany na cierpienie”. Jeśli więc chcemy poznać mądrość Chrystusowego krzyża, wołajmy codziennie słowami św. Klemensa: “Panie, pragnę tego, czego Ty chcesz, pragnę w taki sposób, w jaki Ty tego chcesz, pragnę tak długo, jak Ty tego chcesz”.

autor: ks. Kazimierz Siemieński