W numerze
 
lipiec/sierpień 2007 » SYTUACJE DUSZPASTERSKIE »

Wciąż naprzód iść (22 VII)

Drukuj

św. Marii Magdaleny • 22 VII • kazanie odpustowe

 

 

 

 

 

 

 

 

(Kazanie można poprzedzić piosenką „Nim świt obudzi noc”). Pewnego dnia na wzgórzu, które wznosiło się nad miastem, wyrosły trzy małe drzewa. Były tak niepozorne, że niczym nie różniły się od rosnących wokół traw i kwiatów. Jednak z każdym rokiem stawały się większe i wyższe, a kolejne zmagania z wiatrami i burzami, czyniły je coraz silniejszymi. Każde z nich miało też swoje marzenia.

 

Pierwsze, które często wpatrywało się w rozgwieżdżone niebo, chciało w przyszłości stać się wspaniałą szkatułą pokrytą złotem i wysadzaną drogimi kamieniami. Pragnęło przechowywać w sobie najbardziej drogocenne skarby świata. Drugie drzewo, wpatrujące się w płynący nieopodal strumyk, widziało siebie jako potężny żaglowiec, pływający po morzach i oceanach ze sławnymi kapitanami i królami na pokładzie.

 

Trzecie drzewo, natomiast, patrząc w dolinę na ludzi krzątających się w mieście wokół własnych, codziennych spraw, chciało pozostać tam, na wzgórzu, i stać się tak imponująco dużym, wysokim i potężnym, aby ludzie, którzy będą na nie patrzeć, zawsze zwrócą swoje myśli ku Bogu Stwórcy.

 

Mijały kolejne mroźne zimy, ciepłe wiosny, upalne lata, wietrzne i mokre jesienie… I oto pewnego dnia na wzgórze weszli trzej drwale z siekierami i piłami. Trzy drzewa już wkrótce leżały na ziemi. Kiedy drwale poobcinali gałęzie, stoczyli pnie po wzgórzu w dół. Pierwsze drzewo, aż drżało w radosnym podnieceniu, kiedy przywieziono je do stolarza. – Już wkrótce, już wkrótce stanę się wspaniałą szkatułą – myślało. Ale stolarz nawet o tym nie myślał. Nie miał zamiaru zrobić z drzewa nawet pudełka na nici i guziki. Zrobił z niego duży żłób na karmę dla bydła i sprzedał na targu…

 

Drugie drzewo ogarnęła przeogromna radość, kiedy znalazło się w stoczni. – Już wkrótce stanę się potężnym żaglowcem – myślało. Ale tam nikt nawet o tym nie myślał. Z drzewa zrobiono rybacką łódź, która mogła pływać jedynie po spokojnych jeziorach. Sprzedano ją jakiemuś rybakowi, który codziennie przewoził nią złowione ryby, tak, że wkrótce nasiąkła ich nieprzyjemnych zapachem.

 

Tylko trzecie drzewo od samego początku było bardzo smutne. Przecież chciało pozostać na wzgórzu i wznosić ludzkie myśli ku Bogu, a oto pocięto je na belki i złożono w pryzmie na jakimś podwórzu.

 

Mijały kolejne lata. Drzewa już prawie zapomniały o swoich młodzieńczych marzeniach. Aż oto pewnej nocy na peryferiach jakiegoś miasteczka, w szopie dla bydła, gdzie stał żłób, przyszło na świat dziecko. Matka czule włożyła je do żłobu, jakby był on najpiękniejszą na świecie kołyską. I wtedy drzewo zrozumiało, że leży w nim największy skarb ludzkości…

 

Od tamtej nocy minęło ponad 30 lat. I oto pewnego wieczoru nad jezioro, przyszła grupa mężczyzn. Wsiedli do naszej rybackiej, starej łódki, aby przeprawić się na drugi brzeg. Ten, który wydawał się być wśród nich najważniejszy, zasnął zaledwie wypłynęli. Kiedy byli już daleko, rozpętała się straszliwa burza. Wicher tworzył potężne fale, które uderzały w kruchą łódkę, która czuła, że nie wytrzyma tego naporu żywiołów. Przerażeni podróżnicy, zaczęli krzyczeć i budzić swojego śpiącego towarzysza. Ten wstał, uniósł rękę i zawołał: – Ucisz się!

 

I natychmiast nastała cisza: jezioro się uspokoiło i wicher przestał wiać. Wtedy drugie drzewo zrozumiało, że przewozi najpotężniejszego władcę świata, któremu nawet żywioły są posłuszne.

 

Zaś smutne trzecie drzewo leżało w pryzmie aż do owego piątkowego poranka, kiedy jacyś ludzie wyciągnęli dwie belki, które z niego zrobiono, przeniesiono je wśród rozkrzyczanego tłumu i włożono na ramiona skatowego mężczyzny. Później kazano mu je nieść na górę, gdzie go na nich ukrzyżowano. Drzewo, na którym wisiał, płakało i cierpiało razem z nim. I nawet, kiedy już zdjęto z niego jego martwe ciało, ciągle gorzko płakało i nic nie mogło utulić straszliwego żalu. Jednak w niedzielny poranek, kiedy cały świat drżał z radości zmartwychwstania, drzewo zrozumiało, że Boża miłość przemieniła wszystko, a ludzie, ilekroć spojrzą na drzewo, z którego zrobiono krzyż, myśleć będą o Bogu (na podstawie opowiadania „Trzy drzewa” w: Bruno Ferrero, „Nowe historie. Katecheza w opowiadaniach”).

 

Być może Maria z Magdalii inaczej wyobrażała sobie swoje dorosłe życie: chciała być szczęśliwa, chciała kochać i być kochaną; miała inne plany i marzenia. Jednak poplątały się ścieżki jej życia: zamiast szczęścia otrzymała brudne pieniądze, zamiast miłości mogła tylko siebie sprzedawać jak towar, a zamiast bycia kochaną była wykorzystywana. Nazwano ją „jawnogrzesznicą”. Jakże nam bliska, choć my wolimy uchodzić za „sprawiedliwych”. Nie lubimy przyznawać się do winy i grzechu, przykrywamy niegodziwość kolorowym papierkiem zakłamania. Dlatego człowiekowi dzisiejszemu tak trudno spotkać Boga, który ma moc przemienić smutek w radość, a ciemność w światło. I ucieka człowiek od Niego próbując wyrugować Go z ludzkich spraw. Rodzi się cierpiący i okrutny świat bez Boga, chociaż On ciągle jest, ciągle czeka, woła, napomina – aż człowiek powróci z krainy głodu do rodzinnego domu, gdzie czeka Ojciec. A wtedy Jego miłość przemienia serca kamienne w serca z ciała.

 

Jedni mówią, że powróciła, bo ją siłą przyprowadzono do Jezusa, jako cudzołożnicę. Przyprowadzili ją, jak większość z nas to czyni, z gotowym wyrokiem i kamieniami w ręku: „Mojżesz nakazał nam takie kamienować! A Ty, co mówisz?”. Mówi: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”. Nikt nie rzucił, rozeszli się wściekli, bo powiedział im prawdę i pokazał, że nie tak przemienia się ludzkie życie. „Niewiasto, nikt cię nie potępił? I Ja ciebie nie potępiam, idź i nie grzesz więcej”.

 

Inni mówią, że to ta, która wdarła się w czasie uczty do domu faryzeusza Szymona i przypadła do Jezusowych stóp. Potem obmywała je swoimi łzami i wycierała włosami. Oni zaś patrzyli zgorszeni i mówili: „Gdyby On był prorokiem wiedziałby co to za jedna, która Go dotyka”. Wydali ludzki wyrok, jak tamci. Jezus, ku jeszcze większemu ich zgorszeniu, wydał boski wyrok: „Odpuszczają się jej liczne grzechy, bo bardzo umiłowała”. Przemieniona Bożą miłością Maria Magdalena poszła za Mistrzem aż pod krzyż, poszła do Jego grobu i spotkała Go zmartwychwstałego.

 

Wierzę w możliwość przemiany tego świata w rzeczach wielkich i małych, bo wierzę w przemieniającą siłę Bożej miłości. Dlatego wołam: „Panie, przyjdź! Pomóż mi rysować życia kształt, bym mógł wciąż naprzód iść, bym trwał” jak ona przy Tobie.

 

 

 

autor: ks. Kazimierz Zdziebko OMI