W numerze
 
marzec/kwiecień 2005 » SYTUACJE DUSZPASTERSKIE »

Wielkopostne dni skupienia

Drukuj

Z MAŁYCH WYRZECZEŃ UCZYNIĆ DAR SERCA (I)

 

 

Kiedy słyszymy słowo “post”, słusznie kojarzymy je z podjęciem jakiegoś większego lub mniejszego wyrzeczenia albo z pewnego rodzaju umartwieniem. Najczęściej jest to odmówienie sobie zjedzenia pokarmów mięsnych, albo słodyczy, albo pójścia na dyskotekę itp. Samo narzuca się pytanie o to, jaki jest głębszy sens postu? Mogę przecież nie jeść mięsa, ani słodyczy, mogę odmówić sobie pójścia na zabawę i może to wszystko niewiele mieć wspólnego z postem we właściwym tego słowa znaczeniu.

 

Kluczem do właściwego rozumienia chrześcijaństwa nie są ludzkie znajomości, ani majątek, ani pozycja społeczna, ale miłość. Miłość Boga do człowieka, ale i człowieka do Boga. Prawdziwa miłość rozpisana została na Krzyżu. Kto szuka pełni prawdy o miłości w telenowelach i tylko na tym poziomie się zatrzymuje, przypomina człowieka, który nauczył się 25-ciu słówek z języka angielskiego i powiada dookoła, że angielski to już zna i teraz będzie uczył się niemieckiego. Kto pragnie rzeczywiście poznać choć maleńki fragment prawdy o miłości, niechaj patrzy oczyma swego serca na Krzyż. Krzyż objawia nam miłość. Z Krzyża “miłość nas rozumie”.

 

Patrząc na Krzyż widzimy otwarte dla każdego ramiona kochającego Chrystusa. Aby niedowiarek zdobył pewność, że On – Jezus swojej miłości nigdy nie cofa, pozwolił swoje ręce przybić do Krzyża, a Serce otworzyć włócznią żołnierza. Spotkanie z Krzyżem to spotkanie z Miłością bezgraniczną; z miłością, która nie zna ceny; z miłością, która aby ocalić, potrafi przyjąć cierpienie i śmierć.

 

Widać teraz dopiero, jak małe są nasze wielkopostne wyrzeczenia w stosunku do ofiary Jezusa Chrystusa. Ale czyż w naszych wielkopostnych wyrzeczeniach chodzi przede wszystkim o jakąś wielkość? Wydaje się, że nie to postawione jest na pierwszym miejscu. A zatem, o co chodzi? Chodzi o to, aby z nich, z tych małych wyrzeczeń, które tak trudno nam nieraz podjąć i w nich wytrwać, uczynić dar serca. Nie z przymusu, ani też nie z jakiegoś nakazu, czy z bezmyślnego przyzwyczajenia. Dar serca jest bowiem zawsze darem ofiarowanym w wolności i świadomie – inaczej nie jest darem serca. Wiara jest wyborem wybrania, jest odpowiedzią na dar, jest wspaniałomyślnym powierzeniem siebie Temu, który powierzył się pierwszy. Wszystko dopełnia się w sposób wolny, bez przymusu. Wolność obdarowania sobą jest spełnieniem miłości (ks. J. Tischner, Miłość nas rozumie, Kraków 2000, s. 131).

 

Prawdziwa miłość wie, co oznaczają poświęcenie, trud, współcierpienie, współczuwanie... Prawdziwa miłość to jest “jeden za drugiego” i “jeden dla drugiego”. Bez zdolności do ofiary nie ma prawdy o miłości.

 

Jakie jest zatem znaczenie postu? Post jest szczerym słowem wdzięczności naszego serca, wypowiedzianym Chrystusowi w maleńkim naszym czynie – postanowieniu /wyrzeczeniu/ wielkopostnym.

 

 

 

PANIE, NAUCZ NAS MODLIĆ SIĘ (II)

 

 

Okres Wielkiego Postu jest czasem wzywającym do nawrócenia. Podjęte wyrzeczenia, modlitwa i jałmużna wielkopostna mają dopomóc w realizacji tego zamierzenia. Celem jest przemiana dotychczasowego sposobu życia: odwrócenie się od zła i przylgnięcie całym swoim sercem do Boga. Chrześcijanin pamięta o tym, że najistotniejsze jest “życie duchowe”. A czym ono jest? Życie duchowe jest przekraczaniem siebie, docieraniem do najskrytszych głębi naszego wnętrza, do naszych bliźnich i naszego Boga (H. J. M. Nouwen, Przekroczyć siebie, Poznań 1997, s. 8).

 

Pokarmem “życia duchowego” jest modlitwa. Bez modlitwy trudno jest, a może nawet wręcz niemożliwe jest przekraczanie siebie samego. Modlitwa stanowi dla chrześcijanina pierwszy i najważniejszy warunek przekraczania siebie w kierunku Boga i drugiego.

 

Czyż nie jest jednak tak, że to co najważniejsze, odstawiamy często gdzieś na bok. Usprawiedliwiamy się sami przed sobą, tłumaczymy na tysiąc różnych sposobów, czasem po prostu udajemy, że wszystko jest w porządku. W Wielkim Poście należałoby zadać sobie samemu pytanie: czy rzeczywiście w mojej relacji z Panem Bogiem wszystko jest bez zarzutu? A może jednak należałoby coś zmienić, za coś powiedzieć Bogu przepraszam...

 

W małych, malowniczo położonych miasteczkach, gdzieś pomiędzy górami sięgającymi nieba, a potokiem, w którym płynie czysta woda, w najbardziej widocznym miejscu stoi maleńki kościółek z dzwonnicą. Każdego dnia, o tej samej porze, dzwon wzywa swoim przyjaznym dźwiękiem wszystkich wokół, aby oddali chwałę Stwórcy. Są jeszcze takie miejsca... Niestety, trudno usłyszeć taki głos i doświadczyć chwili spokoju w dużym mieście, gdzie wszyscy ciągle się spieszą, gdzie żyjemy otoczeni hałasem rozpędzonych samochodów, tramwajów... Ale pomyślmy, czy to nie sam człowiek jest twórcą swojego wnętrza? To wnętrze – serce człowieka – wcale nie musi przypominać tej rzeczywistości, która tak bardzo nas męczy swoim hałasem i zabieganiem, co więcej, ono ma stawać się tą przestrzenią, w której człowiek może usłyszeć dzwon wzywający do modlitwy i oddania chwały Bogu. Bez modlitwy stajemy się głusi na głos miłości, podczas gdy inne głosy, domagające się naszej uwagi, wprawiają nas w zamęt. Jakim wysiłkiem jest dla nas to, by przez pół godziny siedzieć w milczeniu – nie słuchając muzyki, nie oglądając telewizji ani nie czytając książki – i próbować się wyciszyć. Często dochodzi do nas w takich chwilach głośna wrzawa naszych wewnętrznych głosów i nie możemy się doczekać, kiedy znów się czymś zajmiemy. Nasze życie wewnętrzne często przypomina gałęzie bananowych drzew, pełne skaczących małp. Lecz jeśli postanowimy nie poddać się, lecz pozostać w skupieniu, te małpy z czasem odejdą, zniechęcone naszą obojętnością, i usłyszymy delikatny głos, nazywającymi nas umiłowanymi (Tu i teraz. Zanurzeni w Duchu Świętym, Kraków 1998, s. 123).

 

Modlitwa nie jest sprawą łatwą. Ale zanim postawię pytanie: czy umiem się modlić(?), powinienem z całą uczciwością postawić pytanie wcześniejsze: czy w ogóle się modlę? A może dzwon tegorocznego Wielkiego Postu wzywa nas do modlitwy, której treścią jest prośba zanoszona wraz z Apostołami: “Panie, naucz nas modlić się!”

 

Pewien człowiek, który podobnie jak my, szukał odpowiedzi na nurtujący problem modlitwy, udał się po radę do Teofana Pustelnika. Ten podał mu taką oto cenną wskazówkę: Będę ci przypominał o jednej tylko rzeczy: trzeba zejść z rozumem do serca i tam stanąć przed obliczem Pana, zawsze obecnego, wszystkowidzącego wewnątrz ciebie. Modlitwa będzie miała stałą i mocną podstawę, kiedy zacznie się w sercu palić choć niewielki ogień. Staraj się nie zagasić tego ognia. Kiedy modlitwa zagości w tobie na dobre, wtedy będziesz miał w sobie zawsze mały syczący płomyk. Stawanie w obecności Boga z umysłem w sercu jest istotą modlitwy serca (Przekroczyć siebie, dz. cyt., s. 139).

 

Bez modlitwy nie doświadczę nawrócenia. Będę co najwyżej przypominał człowieka z pięknymi, złotymi medalami u boku, nie bardzo wiedząc, czy wyglądam poważnie, czy też jestem już tylko przyczynkiem do śmiechu.

 

 

 

W POZORNYM DOBRU DIABEŁ SIEDZI (III)

 

 

Uczynkami miłosierdzia są dzieła miłości, przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy. Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy. Uczynki miłosierdzia co do ciała polegają zwłaszcza na tym, by głodnych nakarmić, bezdomnym dać dach nad głową, nagich przyodziać, chorych i więźniów nawiedzać, umarłych grzebać. Spośród tych czynów jałmużna dana ubogim jest jednym z podstawowych świadectw miłości braterskiej; jest ona także praktykowaniem sprawiedliwości, która podoba się Bogu (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2447).

 

Wielki Post wzywa do przemiany, polegającej na otwarciu swojego serca dla Boga i dla bliźniego. Prawdziwe otwarcie możliwe jest tylko wówczas, kiedy mury egoizmu przestaną być ulubioną kryjówką człowieka. Miłość nie ma być słowem wskazującym na jakąś piękną wprawdzie, ale nieosiągalną ideę, ale ma stawać się obecną w naszym myśleniu, działaniu, a więc w naszym codziennym życiu. Kiedyś pewna pani z lekkim oburzeniem (przynajmniej takie miałem wrażenie) zadała mi pytanie: czy Jan Paweł II nie za często dokonuje beatyfikacji i kanonizacji? Co chwilę jacyś nowi błogosławieni i święci? Przyznam, że nie za bardzo rozumiem, skąd taki problem. Przecież chrześcijaństwo, Ewangelia, słowa Chrystusa nie są “przecudną krainą baśni”, albo inaczej – utopią. Chrześcijaństwo jest konkretnym życiem. Błogosławieni i święci zostają ukazani nam jako przykład i dani jako pomoc w osiąganiu naszej świętości (bez najmniejszej przesady), w naszych dzisiejszych warunkach. Ogromnym problemem byłoby raczej, gdyby nagle zabrakło ludzi, żyjących prawdziwe Ewangelią. Na szczęście jest inaczej. W konsekwencji pojawia się kolejne pytanie: czy ja osobiście poważnie traktuję Ewangelię w swoim życiu?

 

Chrystus wzywa i sam daje przykład miłości bezinteresownej. Miłość chrześcijanina ma sięgać dalej, aniżeli sięgają granice ludzkiej logiki. Jeśli bowiem miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią? (Łk 6, 32-33). Nie oznacza to, że miłość ma być bezrozumna, ale znaczy to, że to rozum jest narzędziem miłości, a nie miłość narzędziem rozumu.

 

W Hamlecie W. Shakespeare’a czytamy:

 

 

Och, jakże często – rzecz to dobrze znana –

 

Grzeszymy tym, że nasza bogobojna

 

Mina i zbożne uczynki są lukrem,

 

Pod którym diabeł siedzi .

 

(W. Shakespeare, Hamlet, książę Danii, Poznań 1994, s. 91)

 

 

Wychodząc kilka dni temu z poczty, zauważyłem człowieka niosącego jakąś paczkę w jednej ręce, w drugiej zaś trzymał teczkę. Oczywiście otworzyłem i przytrzymałem drzwi, mówiąc: proszę bardzo. Człowiek ten wszedł i... (jak to kiedyś powiedziano) ani mee, ani bee... Chcesz być dobry, no i masz – pomyślałem w pierwszej chwili. A w drugiej nasunęło mi się pytanie: czy po to chciałeś pomóc, aby za chwilę pojawiła się wdzięczność, czy też dobro należy czynić dlatego, że jest dobrem? Ileż razy po tym wydarzeniu pomyślałem o tym człowieku, że jest niewychowany, niegrzeczny, itp. Powoli moje dobro zaczęło tracić swoją wartość, skoro najważniejszym okazało się usłyszenie wdzięczności. Czy zatem było to rzeczywiście dobro, czy też zwykły interes: ja coś tobie, ty coś mi? Cóż po dobru, które ostatecznie przemienia się w zło? W ten oto sposób doświadczyłem prawdy słów Shakespeare’a, że w pozornym dobru diabeł siedzi.

 

Gdy tedy czynisz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jako obłudnicy czynią w bóżnicach i po ulicach, aby byli czczeni od ludzi: zaprawdę, powiadam wam, wzięli zapłatę swoją. Ale gdy ty czynisz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni, aby jałmużna twoja była w skrytości, a Ociec twój, który widzi w skrytości, odda tobie (Mt 6, 2-4; Biblia w przekładzie księdza Jakuba Wujka z 1599 r., Warszawa 1999).

 

 

autor: ks. Stefan Szary CR