FORUM HOMILETYCZNE
Miłosierdzie to miłość wobec człowieka zranionego
01/05/26
O procesie przebaczenia i mówieniu o miłości do wrogów, gdy wciąż dzieje się krzywda z bp. Mikołajem Łuczokiem OP, biskupem diecezji mukaczewskiej Kościoła rzymskokatolickiego w Ukrainie, rozmawia ks. Wojciech Nowicki, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”
WN: Jezus mówi: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36). Co to właściwie znaczy?
MŁ: Moje zawołanie biskupie to miłosierdzie. Miłosierdzie jest mi bardzo bliskie. Trzeba najpierw rozróżnić między miłością i miłosierdziem. Bóg jest miłością. Miłość to jest czysta relacja, gdzie między nami nie ma przeszkód, nie ma zranień. Na początku była miłość. Ze strony Boga wyszła miłość i w tej miłości było wszystko stworzone, żeby bez przeszkód obdarowywać jeden drugiego. Czyli możemy powiedzieć, że w Trójcy Świętej jest miłość. Miłość nie ma potrzeby miłosierdzia. Miłosierdzie to jest miłość skierowana do osoby zranionej, do zranionego świata. Kiedy mówimy o miłosierdziu, to jest to miłość, która jest zawsze miłością i nie odrzuca człowieka zranionego, bo skierowuje siłę, energię, żeby tego zranionego odnaleźć, żeby od tego zranionego nie odwrócić się, żeby zranionego wyczekiwać, aż wróci. Tu przychodzi obraz ojca miłosiernego, który czeka na powrót syna. Ale też nie odrzucić tego, który jeszcze nie chce przyjść! To jest obraz starszego brata.
Tu musimy wspomnieć przypowieść Jezusa o Samarytaninie, który się zatrzymuje przy zranionym i robi to, co jest w zasięgu jego możliwości.
W moim przypadku, jaki sens ma moja posługa biskupia, czy to administracyjna, czy to kaznodziejska, czy to sakramentalna? Ona nie miałaby sensu, gdyby nie było ludzi zranionych, oderwanych od Boga. Cała administracyjna struktura nie ma sensu, jeżeli ona nie miałaby pomagać ludziom wrócić do Boga. Cały nasz celibat nie ma sensu, jeżeli on nie jest poświęcony temu, żeby pomóc ludziom wrócić do Boga. Cały sens posługi kapłańskiej, w ogóle sens Kościoła polega na tym, żeby być miejscem miłosierdzia. Tu Pan daje nam samego siebie, daje nam siebie w sakramentach, we wspólnocie ludzi, daje środki, które pomagają nam wyjść i szukać ludzi, by ich przygarnąć. Więc miłosierdzie to jest taki centralny aspekt Bożej działalności wśród nas.
WN: Wydaje się, że miłosierdzie łączy się przede wszystkim z przebaczeniem grzechów i z krzyżem. Czy nie zredukowaliśmy trochę tajemnicy miłosierdzia Bożego? Pamiętam z patrystyki, że Ojcowie Kościoła upatrywali miłosierdzia Bożego we Wcieleniu Chrystusa.
MŁ: Jeżeli ktoś tak patrzy, to jest zredukowanie. Wcielenie jest aktem miłosierdzia. Całe życie Jezusa jest aktem miłosierdzia.
Jednym z aktów miłosierdzia jest głoszenie, nauczanie. Przeczytałem kiedyś u bł. Humberta z Romans, dominikanina, który wprost napisał, że głoszenie jest sposobem miłosierdzia. Czasami u nas, dominikanów, jest takie poczucie, że my biednych nie karmimy, nie chodzimy po dworcach ani hospicjach, nie widać nas w więzieniach, bo my jesteśmy zajęci głoszeniem, ale właśnie, jeżeli popatrzymy na działalność Jezusa, to On w pierwszym rzędzie jest skierowany na to, żeby zanieść innym Dobrą Nowinę. Głoszenie to nie techniczna czynność, jak gdyby mówienie formuł, ale głoszenie to jest dawanie doświadczenia miłości miłosiernej tym ludziom, z którymi ja się dzielę słowem.
Jeżeli popatrzymy na głębię cierpienia człowieka, to głębia cierpienia jest w niewiedzy Dobrej Nowiny. Kiedy człowiek ma wiedzę, że jest ukochany, że Pan go nie zostawił, że daje mu wszystkie środki miłości miłosiernej na co dzień i kiedy to człowiek słyszy i słuchając nauczania Jezusa, uczy się, jak przyjmować te środki miłosierdzia, to czasem to jest ważniejsze nawet niż nakarmić głodnego czy ubrać nagiego. Możesz nakarmić i zostawić, możesz ubrać i zostawić, ale człowiek wewnątrz będzie cierpiał, bo nie dowiedział się, że jest ukochany. I głoszenie Dobrej Nowiny, że jest się ukochanym i że Jezus nie zostawia człowieka, jest ważniejsze od wszystkich innych ofiar całopalnych i innych aktów wyrzeczenia.
WN: Czasami ludzie mówią, że mają trudność z przebaczeniem, ale polega ona na tym, że tego „nie czują”. Wracają wspomnienia, pamięć o doznanych krzywdach, minionych wydarzeniach i wydaje się nam, że przez to wciąż nie przebaczyliśmy. Czym więc jest przebaczenie?
MŁ: Przebaczenie jest procesem długim. W niektórych wypadkach jakieś wydarzenie może trwać 10, 20, 30 i więcej lat. Tu polecam książkę Edith Eger „Wybór”. To jest kobieta, Węgierka z Koszyc, Żydówka, która była porwana i wtrącona do łagrów koncentracyjnych. Opisuje w swojej książce dziesiątki lat procesu uzdrowienia i przebaczenia. Przebaczenie to jest droga. Pierwszy krok na tej drodze to jest decyzja, bo na początku są uczucia, które się sprzeciwiają temu, jest ogromny ból, chęć pomsty i nienawiść. Ale trzeba zrozumieć, że ból, pomsta i nienawiść rujnują człowieka. Wybór polega na tym, że na drodze przebaczenia w pierwszym rzędzie ja zwracam się z miłosierną miłością wobec samego siebie. Czyli chcę się zatroszczyć o to zranienie, które noszę w sobie. Dopóki nie ma tego zrozumienia, nie ma motywacji do przebaczenia. W tej decyzji przebaczenie jest łaską. Bez łaski człowiek nie ma siły przebaczyć. Bez pomocy Bożej nie ma przebaczenia, ponieważ bez łaski funkcjonujemy na poziomie minimum: „Oko za oko, ząb za ząb”, albo jeszcze bardziej radykalnie: „Zabiłeś mi kogoś, ja ci wytnę całą wioskę”. To jest działanie bez łaski. Potrzebujemy zwrócenia się do Pana: Pomóż, daj mi łaskę przebaczyć!
I tu są różne techniki. Jest pięć etapów uwolnienia opisanych przez Neal Lozano. Są całe serie jego książek. Albo program dwunastu kroków. W czwartym kroku robi się „inwentaryzację” wszystkich tych ludzi, wobec których człowiek trzyma jakieś urazy. Ludzie, który jeszcze nie przebaczył. Dobrze to oddaje angielskie słowo resentment (jest to uczucie wrogości, zazdrości i głębokiego niezadowolenia skierowane do kogoś, kogo jednostka uważa za odpowiedzialnego za własne niepowodzenia). Czyli wciąż powracająca pamięć krzywdy, która sprawia, że wciąż żyję w krzywdzie, choć wydarzenie już się zakończyło, ale ja je przeciągam w sobie, ciągle ją wspominając.
Ale oprócz tego trzeba opłakać swoją krzywdę, trzeba przeżyć ból. Tu jest na przykład pięć etapów przeżywania straty. Kiedy człowiek coś traci, to musi przejść przez kolejne etapy gniewu i odżałowania. Elementem tego jest modlitwa – rozmowa z Bogiem o swojej krzywdzie i bólu, o swoim cierpieniu. Dopiero w kolejnym kroku może przyjść doświadczenie ulgi, wewnętrznego uświadomienia sobie, że doświadczenie krzywdy we mnie się skończyło. Dlatego mówimy o przebaczeniu jak o czymś, z czym możemy pracować, kiedy sama krzywda już się skończyła. Przebaczenie związane jest z pracą ze zranieniem. A rany trzeba opatrywać. I to też jest proces. Każde zranienie ma pewną ilość energii, którą trzeba mu poświęcić. To jest zawsze sprawa bardzo indywidualna. Dlatego nie ma czegoś takiego jak ogólne przebaczenie w imię Jezusa. Takie coś może mi pomóc wyrwać się z ciemności nienawiści, ale proces uzdrowienia wewnętrznego jest zawsze zindywidualizowany.
Widzę po sobie, jak w perspektywie drogi przebaczenia, staję się bardziej wrażliwym na innych, mniej skłonnym, by ich krzywdzić, bo wiem, czym jest krzywda. Znam to doświadczenie i wiem, jak trudny jest proces uzdrawiania. Przejście przez taki proces daje narzędzia, jak pomagać innym ludziom. Takim lakmusowym papierkiem, że ja szedłem drogą przebaczenia, jest przestawienie myślenia – nadaję nowego sensu temu doświadczeniu i nowego sensu swojemu życiu w świetle tego cierpienia, które przeżyłem.
Pojednanie z tym wydarzeniem jest ostatnim etapem. Widzę zranienia, wspominam o tym, ale one już są uzdrowione; gniew i te wspomnienia już mnie nie rujnują.
WN: Jak mówić o miłości, także miłości nieprzyjaciół, miłości jeden do drugiego, w tak trudnym kontekście, jakim jest wojna na Ukrainie, gdzie każdego dnia spadają bomby?
MŁ: Nie trzeba mówić! Wspomnijcie sobie, jak się zachowywali przyjaciele Hioba, kiedy przyszli i widzieli go cierpiącego. Siedem dni siedzieli przy nim i milczeli. Tam, gdzie jest wiele cierpienia, rzucanie fraz książkowych albo próba radzenia człowiekowi, nie mając konkretnego doświadczenia, albo nie mając natchnienia, nie działa. Może tylko zwiększać przepaść.
Przypominam sobie niektórych kaznodziejów, którzy mówili o przebaczeniu, ale wywołało to oburzenie, bo – choć mówili poprawnie, zgodnie z Ewangelią – nie wyczuli czasu ani miejsca, nie zrozumieli sytuacji odbiorcy. Spotkali się więc z niezrozumieniem.
My, na Ukrainie, jesteśmy bardzo wrażliwi na autentyczność, ponieważ to całe cierpienie na tyle oczyściło nas z pozerstwa, że bardzo szybko wyłapujemy, kiedy ktoś mówi z serca, z doświadczenia, autentycznie, a kiedy czysto technicznie. Ta wrażliwość zrodziła się z powodu traumy jako owoc egzystencjalnego trzęsienia. Relacja i słowo muszą być adekwatne do sytuacji. I wtedy jest to prawdziwe, prawda? Tomasz z Akwinu mówi: veritas est adaequatio rei et intellectus – prawda jest zgodnością rzeczy i poznania, które w działaniu dochodzą do adekwatności. Dlatego mówienie o miłości wroga ma nastąpić tylko wtedy, kiedy ma nastąpić, nie wcześniej.
Całość rozmowy, która ukazała się w „Przewodniku Katolickim” 15/2026.
Dzięki niej „Bibliotekę Kaznodziejską” będziesz otrzymywał regularnie, w specjalnej cenie i z bezpłatną wysyłką! Sprawdź, jakie dodatkowe korzyści przygotowaliśmy dla Prenumeratorów.